20.08.2023, 21:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.08.2023, 21:27 przez Morgana le Fay.)
Kiedy Brenna mówiła – Mavelle obserwowała. Dziadek jednak zdawał się wciąż być całkiem niewzruszony – cóż, nie znał jeszcze źródła wiedzy kobiet, o którym zresztą brygadzistka nie kwapiła się póki co opowiadać. Bo to, że ktoś im o tym napomknął – sam Derwin bądź Persefona – było o wiele bardziej prawdopodobne niż to, że Bones w pewnym sensie była tam i wtedy, nawet jeśli prawda była zgoła inna.
Oczywiście że nie zaczął sypać informacjami jak z rękawa, to byłoby za proste – i Godryk nie byłby wtedy Godrykiem. Obserwowała, jak Longbottom przesuwa palcami po brodzie, jak mierzy wnuczki spojrzeniem.
- Dlaczego o to pytacie? – padło w końcu. Ciekawość? Nie, ciekawość w tym przypadku nie była wytłumaczeniem, dostatecznie dobrym argumentem na to, by zdradzić skrywane od wielu lat sekrety. Sekrety mające bardziej zabójczą moc niż zdawałoby się na pierwszy rzut oka.
- Bo przez to prawie zginęłyśmy – zdecydowała się wyłożyć kawę na ławę, akcentując ostatnie słowo. Nieprzypadkowo – przecież naprawdę prawie zginęły, a cień tego kładł się teraz na Mavelle. Uświadomienie sobie tego po raz kolejny nie sprawiło, że poczuła się przez to lepiej, wręcz przeciwnie. Prawie zginęły – a jeśli się to powtórzy, to mogą nie mieć tyle szczęścia – Jeśli potrzebujesz dowodu, to spójrz na Bren, dziadku – wyrzuciła z siebie i zacisnęła krótko wargi. Cokolwiek stało się w Limbo, aktualnie nie dotykało wyłącznie jej samej. Jeśli naraziłaby się sama, to w porządku, mogła to zaakceptować. Ale w momencie, gdy narażała innych, zwłaszcza swoją, jakkolwiek by nie patrzeć, siostrę… to już sprawa miała się zgoła inaczej.
- I muszę, musimy wiedzieć, czy jest ryzyko, że to się powtórzy. Czy tylko ta wiedza została ukryta czy też może jest tego więcej. Czy może w grę wchodzą jeszcze silniejsze zaklęcia niż to, które ukrywa twoją rozmowę z wujkiem. Bo to nie jest tylko kwestia bezpieczeństwa Crawleyów, ale wszystkich, którzy są w pobliżu. Tym razem się udało, ale następnym razem? Już niekoniecznie.
Bo nie, poleganie na szczęściu nie było tym, co Mavelle chciała robić – to zbyt ryzykowne na drodze, jaką obrała i tak po prawdzie nie po to stawiała na niej kroki, żeby zdawać się na jakiś traf losu, zamiast kształtować przeznaczenie swoje – i pośrednio innych – własnymi rękoma.