Teoretycznie. Najlepsza odpowiedź, jaką można było postawić. Bardzo dyplomatyczna. Bardzo realna. Nie można było mieć pewności - niektórzy jednak ją mieli. Nie dało się też zaprzeczyć całkowicie - takich słów próżno szukać wypowiadanych na forum. To wszystko było po prostu teoretyczne. Jak cały plan Czarnego Pana, by zaprowadził tutaj swój własny porządek. Jego reguły, jego zasady. Świat jakoś nie stanął w ogniu i płomieniach, a jednak został poruszony. Głęboko. Niepewność była panną prowadzoną za dłoń do każdego tańca, do każdego stołu z alkoholem. I tak czasem wychodziło, że prowadziło się je dwie. Noc stała się jeszcze bardziej nieprzyjazna, a cienie jeszcze bardziej dłużyły. To zagrożenie, takie realne, było jednak tak nierealnie odległe, że Laurent miał problem z ustawieniem stabilności swojego świata. Cieszył się teraz z jednego - że ten jego świat był daleko od Londynu. I to było naiwne, zdawał sobie z tego sprawę, bo jeśli coś miało pójść nie tak to nie będą atakowane tylko duże miasta jak Londyn. A jednak jakoś łatwiej uwierzyć, że wycelowane będą właśnie w takie miejsca, nie w dalekie Southampton, obok którego leżał jego rezerwat. A i od niego nadal były kilometry drogi. To miało plusy jak i minusy. Bo znowu jeśli wydarzy się coś naprawdę niedobrego to nie będzie jak w Londynie - że pomoc będzie praktycznie na miejscu. Nie chciał o tym myśleć. Niestety mózg nie zawsze był sługą.
- Słuchałem przez długi czas - zrobił gest dłonią trzymającą wino, jakby chciał dość dyskretnie wskazać tych gości zebranych w przybytku - i nie mogłem znaleźć głosu rozsądku, który ująłby to tak prosto i krótko, jak panienka. - I rozmawiał i szeptał, i podpytywał. Nie, Laurent nie miał w mięśniach, nie miał nawet siły przebicia w magii, tak jak niektórzy. A skoro tak, to wiedział, że musiał mieć przewagę gdzieś indziej - w głowie. Na szczęście Dobra matka Natura mu nie poskąpiła również w urodzie. Czy może raczej, w jego przypadku, Dobra Matka Woda. - Zaczynam być zauroczony nie tylko urodą panny Lestrange. - Czy ta kobieta należała do tych, które wiedziały, czego chcą? Przemyślenia, którymi się dzieliła, dość ostrożnie, równie badając teren co on sam (tak przynajmniej mu się wydawało) były bardzo dobrze wymierzonymi strzałami. Ostrożnymi, przemyślanymi, ale celnymi. Nie pływała wokół nędznych piątek, kiedy mogła zgarnąć całą pulę. Lubił takie osoby, miał do nich słabość. Podobały mu się. Ale na razie dopatrywał się tego wyraźnego nakreślenia terenu - gdzie można się przesuwać, a gdzie nie. Na szczęście nie należał do tych facetów, którym trzeba walnąć w twarz kartką z napisem "NIE", żeby zrozumiał subtelną aluzję, że osoba nie jest zainteresowana.
- Z przyjemnością. - Tak, tak było zdecydowanie bardziej sympatycznie. Najzwyczajniej w świecie sympatycznie. Rozluźniało utarte zasady i sprawiało, że wszystko stawało się bardziej personalne, niż usztywnione. Choć akurat Laurent nie miał nic przeciwko grzecznościom. Wręcz przeciwnie, dzięki bogom, że istniały! Inaczej ludzie byliby istną dziczą. Co już poniekąd zresztą nakreślili w dwóch prostych zdaniach dotyczących takich przyjęć. - Napięcie, nerwy i stres. Po takich godzinach rzeczywiście słodkie wino nie smakuje tak samo. - Spoglądał z zainteresowaniem na Victorię, ale i łagodnością. Zupełnie jakby spojrzenie mogło być wodą, chłodną wodą, która obmywa strudzone upałem ciało. Rozumiał to powiedzenie, które padło z jej ust, aż za dobrze. Sam w końcu wiecznie walczył o dopasowanie się do tego otoczenia. By jego piski brzmiały tak samo, jak innych sów. I jego zdaniem - opanował to do perfekcji. - Jakie to przykre, że tak mądre słowa muszą być wypowiadane po cichu nad lampką wina. Wypowiadasz to z takim spokojem, że mogłabyś się stać inspiracją. Światłem dla Ciemności. - Prawda była taka, że Laurent bardziej moczył usta w tym winie niż je pił. Z prostego powodu - jedna lampka wystarczyła, żeby się upił. I zawdzięczał to tylko swojej syreniej krwi. Niestety dla siebie, bo lubił ten smak. - Ale to nie twoja bajka. - Przewodzić - do tego potrzeba było czegoś więcej niż mądrości. I to był jeden z wielu problemów tego świata. Tego, kogo ludzie słuchali. To znów był strzał z jego strony, ale ten już nie taki ślepy jak poprzednie. Natomiast to nie było do końca stwierdzenie. Była w tym odrobina pytania. Nie interesował się już nikim innym - jego wzrok był utkwiony tylko w tej piękności, która skrywała się na tym mizernym przyjęciu przed zazdrością Księżyca.