20.08.2023, 22:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2023, 00:14 przez Brenna Longbottom.)
- Hm, może – zastanowiła się Brenna, na chwilę opuszczając wzrok, by spojrzeć na bukiet z pewnym namysłem. Sama dostawała od matki i babki tyle perfum, szamponów i innych cudów, że zwykle nie zwracała na to uwagi. A jeżeli chciała w pokoju kwiatów, najczęściej po prostu rwała coś w ogrodzie. – Pewnie, że zamierzam go zjeść. Inaczej to byłoby marnotrawstwo, prawda? I przecież zwykłe bukiety wyrzuca się w końcu do kosza. Kiedy zwiędną. To nie jest gorsze niż zjadanie? A tak w sumie, to byłam to ja. Znaczy, ja powiedziałam, że taki bukiet jest lepszy niż normalny.
Kayden nie był z pewnością niczyim rywalowym ziemniakiem - nie jeśli szło o Brennę. Ona lubiła jego, on ją, ale wyłącznie po koleżeńsku. Bukiet był żartem, jej zdaniem zabawnym, wynikających ze słów, jakie do kolegi parę miesięcy temu wypowiedziała i nigdy nie wzięłaby tego gestu za oznakę czegoś poważnego. Tacy chłopcy jak Delecour interesowali się czystokrwistymi ideałami - nieskazitelnymi przynajmniej na powierzchni, błyszczącymi na salach balowych, noszącymi maski doskonałości, a pod nimi zwykle szukającymi odrobiny ekscytacji i zapatrzonych tylko w nich, męskich oczu. A Brennie nie mogłoby być dalej do takiego czystokrwistego ideału. Paplała niemiłosiernie, często miała podrapane kolana, próbowała być w dziesięciu miejscach na raz, a w kieszeniach zawsze nosiła cukierki, na wypadek, gdyby ktoś miał gorszy dzień i czekolada mogła być dla niego formą pocieszenia. Jej ojciec chyba po cichu to popierał: może dlatego, że widział, że jego córka ma w naturze działanie, a on jako Brygadzista taką postawę cenił. Matka pogodziła się ze stanem rzeczy z westchnieniem - było to pewnie łatwiejsze, bo miała już idealnego syna, a tę nieidealną córkę też kochała z całego serca. I choć niedługo po Hogwarcie Brenna wnikła dość płynnie w ten świat elit, to wciąż pozostawała na jego pograniczach, i zawsze w tle tych innych czystokrwistych. Nie błyszczała. I nie chciała błyszczeć. Chciała, aby błyszczał jej brat i rodzina, którą kochała. Nie miała szans u tych rozchwytywanych chłopców.
Ale rzecz jasna, nie zamierzała uświadamiać w tym braku konkurencji Borgina.
Choćby dlatego, że nigdy w życiu nie przyszłoby jej do głowy, że on sam – albo ktokolwiek – mógłby za takiego rywala się uważać.
– Za wrzucenie mnie do schowka? Może. Ale ci wybaczam, skoro musiałeś dokonać szybkiej ewakuacji przed zagrożeniem pierwszego stopnia – zapewniła. – Chociaż miałam raczej na myśli: gdybym była zezłoszczona, dałabym ci w nos.
Bardzo wściekła faktycznie mogła rzucić się do bicia. Na całe szczęście, bywała taka bardzo rzadko, a w ostatnim roku nawet nie biła się z Rosierem, co mogło oznaczać, że albo oboje wydorośleli, albo że on trochę bardziej pilnował się w jej towarzystwie, by potem nie skończyć na wspólnym szlabanie. A Ślizgoni sami w sobie denerwowali ją rzadko. Victorię i Cynthię nieraz porywała wręcz spod Pokoju Wspólnego, a Laurent potrafił schować się za nią nawet przed kolegami z własnego Domu. Jakoś nie stykała się zwykle z tymi, którzy lubili szafować słowem szlama – ewentualnie przy niej się hamowali albo ci, którzy mieli mocno zakodowaną wyższość czystokrwistych, po prostu byli też tymi, którzy nie cierpieli jej sposobu bycia.
– Naprawdę? Zdaje mi się, że ona głównie płacze. I krzyczy. Bardzo dużo krzyczy. Poza tym prawie nikt nie chodzi do tej łazienki przez jej wieczne zawodzenia – stwierdziła Brenna z pewnym zamyśleniem. Zastanawiała się też, czy skoro Marcie podobali się czasem chłopcy, to gdyby taki szykował eliksir, nie milczałaby ze względu na niego… a nie, zaraz. Chłopiec podobający się Marcie raczej nie potrzebowałby takich mikstur. – Masz rację, gabinet Ślimaka jako źródło jest bardziej prawdopodobny – ustąpiła jednak dość szybko.
Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy wspomniał, że nie chciał, aby dziewczyna płakała. W tym uśmiechu nie było ani odrobiny szyderstwa, bo Brenny naprawdę zupełnie nie obchodził image buca i łobuza – wręcz łobuzów lubiła trochę mniej niż innych (ale z reputacji Anthonyego w tej kwestii nie do końca zdawała sobie sprawę, bo jednak był trzy roczniki niżej, o wybrykach Ślizgonów dowiadywała się zwykle wtedy, gdy rozmawiała z Tori i licytowały się, czy to Gryfoni czy Ślizgoni zostali przez nie ukarani za coś głupiego). Gdyby nawet wcześniej była zła za zamknięcie w tym schowku, teraz na pewno dostałby rozgrzeszenie.
– To ładnie z twojej strony – przyznała. – Chociaż doradzam pogadanie z nią bez świadków, przecież inaczej będzie cię ścigać i inne w dni. Chyba że to tylko tak w lutym? Jakaś walentynkowa gorączka? Ewentualnie w grudniu. Dla niektórych chłopców z Gryffindoru przez jemiołę korytarze stały się śmiertelną pułapką – oświadczyła, niemal tak jak zawsze skacząc nieco z tematu na temat, wybiegając myślami na boki i w dodatku tymi myślami postanawiając niemal natychmiast się podzielić. – Nie boję się pająków – zapewniła. Tym, czego Brenna się bała, była każda pełnia, niosąca realne niebezpieczeństwo, nie jakieś tam pajęczaki.
Brwi Brenny uniosły się lekko, kiedy wyciągnął czekoladki. To miała być jakaś próba przeprosin za ten schowek? Za dziesięć lat pewnie przyszłoby jej do głowy, że Borgin planuje ją otruć, ale w tej chwili po prostu wyciągnęła rękę i przyjęła słodycze, chociaż była na tyle beznadziejną osobą w pewnych sprawach, że wciąż nie dostrzegała za nimi żadnych znaczeń.
– To ma być jakaś próba przekupstwa prefekta? Jeżeli tak, to całkiem skuteczna – zażartowała. Ułożyła na moment bukiet na pudełku, by sięgnąć do kieszeni, bo w końcu wypadało się odwdzięczyć. – Weź sobie jedną. Tylko uwaga, jeśli wylosujesz kartę z Panią Jeziora, to lepiej stąd uciekaj, Borgin, i to dużo szybciej niż przed tą biedną dziewczyną, bo wyrywając Nimue, mogłabym przypadkiem połamać ci palce – oświadczyła lekkim tonem, wydobywając z kieszeni kilka opakowań z czekoladowymi żabami. Wyciągnęła ku niemu dłoń, by mógł zgarnąć sobie przysmak, jeżeli miał ochotę.
Kayden nie był z pewnością niczyim rywalowym ziemniakiem - nie jeśli szło o Brennę. Ona lubiła jego, on ją, ale wyłącznie po koleżeńsku. Bukiet był żartem, jej zdaniem zabawnym, wynikających ze słów, jakie do kolegi parę miesięcy temu wypowiedziała i nigdy nie wzięłaby tego gestu za oznakę czegoś poważnego. Tacy chłopcy jak Delecour interesowali się czystokrwistymi ideałami - nieskazitelnymi przynajmniej na powierzchni, błyszczącymi na salach balowych, noszącymi maski doskonałości, a pod nimi zwykle szukającymi odrobiny ekscytacji i zapatrzonych tylko w nich, męskich oczu. A Brennie nie mogłoby być dalej do takiego czystokrwistego ideału. Paplała niemiłosiernie, często miała podrapane kolana, próbowała być w dziesięciu miejscach na raz, a w kieszeniach zawsze nosiła cukierki, na wypadek, gdyby ktoś miał gorszy dzień i czekolada mogła być dla niego formą pocieszenia. Jej ojciec chyba po cichu to popierał: może dlatego, że widział, że jego córka ma w naturze działanie, a on jako Brygadzista taką postawę cenił. Matka pogodziła się ze stanem rzeczy z westchnieniem - było to pewnie łatwiejsze, bo miała już idealnego syna, a tę nieidealną córkę też kochała z całego serca. I choć niedługo po Hogwarcie Brenna wnikła dość płynnie w ten świat elit, to wciąż pozostawała na jego pograniczach, i zawsze w tle tych innych czystokrwistych. Nie błyszczała. I nie chciała błyszczeć. Chciała, aby błyszczał jej brat i rodzina, którą kochała. Nie miała szans u tych rozchwytywanych chłopców.
Ale rzecz jasna, nie zamierzała uświadamiać w tym braku konkurencji Borgina.
Choćby dlatego, że nigdy w życiu nie przyszłoby jej do głowy, że on sam – albo ktokolwiek – mógłby za takiego rywala się uważać.
– Za wrzucenie mnie do schowka? Może. Ale ci wybaczam, skoro musiałeś dokonać szybkiej ewakuacji przed zagrożeniem pierwszego stopnia – zapewniła. – Chociaż miałam raczej na myśli: gdybym była zezłoszczona, dałabym ci w nos.
Bardzo wściekła faktycznie mogła rzucić się do bicia. Na całe szczęście, bywała taka bardzo rzadko, a w ostatnim roku nawet nie biła się z Rosierem, co mogło oznaczać, że albo oboje wydorośleli, albo że on trochę bardziej pilnował się w jej towarzystwie, by potem nie skończyć na wspólnym szlabanie. A Ślizgoni sami w sobie denerwowali ją rzadko. Victorię i Cynthię nieraz porywała wręcz spod Pokoju Wspólnego, a Laurent potrafił schować się za nią nawet przed kolegami z własnego Domu. Jakoś nie stykała się zwykle z tymi, którzy lubili szafować słowem szlama – ewentualnie przy niej się hamowali albo ci, którzy mieli mocno zakodowaną wyższość czystokrwistych, po prostu byli też tymi, którzy nie cierpieli jej sposobu bycia.
– Naprawdę? Zdaje mi się, że ona głównie płacze. I krzyczy. Bardzo dużo krzyczy. Poza tym prawie nikt nie chodzi do tej łazienki przez jej wieczne zawodzenia – stwierdziła Brenna z pewnym zamyśleniem. Zastanawiała się też, czy skoro Marcie podobali się czasem chłopcy, to gdyby taki szykował eliksir, nie milczałaby ze względu na niego… a nie, zaraz. Chłopiec podobający się Marcie raczej nie potrzebowałby takich mikstur. – Masz rację, gabinet Ślimaka jako źródło jest bardziej prawdopodobny – ustąpiła jednak dość szybko.
Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy wspomniał, że nie chciał, aby dziewczyna płakała. W tym uśmiechu nie było ani odrobiny szyderstwa, bo Brenny naprawdę zupełnie nie obchodził image buca i łobuza – wręcz łobuzów lubiła trochę mniej niż innych (ale z reputacji Anthonyego w tej kwestii nie do końca zdawała sobie sprawę, bo jednak był trzy roczniki niżej, o wybrykach Ślizgonów dowiadywała się zwykle wtedy, gdy rozmawiała z Tori i licytowały się, czy to Gryfoni czy Ślizgoni zostali przez nie ukarani za coś głupiego). Gdyby nawet wcześniej była zła za zamknięcie w tym schowku, teraz na pewno dostałby rozgrzeszenie.
– To ładnie z twojej strony – przyznała. – Chociaż doradzam pogadanie z nią bez świadków, przecież inaczej będzie cię ścigać i inne w dni. Chyba że to tylko tak w lutym? Jakaś walentynkowa gorączka? Ewentualnie w grudniu. Dla niektórych chłopców z Gryffindoru przez jemiołę korytarze stały się śmiertelną pułapką – oświadczyła, niemal tak jak zawsze skacząc nieco z tematu na temat, wybiegając myślami na boki i w dodatku tymi myślami postanawiając niemal natychmiast się podzielić. – Nie boję się pająków – zapewniła. Tym, czego Brenna się bała, była każda pełnia, niosąca realne niebezpieczeństwo, nie jakieś tam pajęczaki.
Brwi Brenny uniosły się lekko, kiedy wyciągnął czekoladki. To miała być jakaś próba przeprosin za ten schowek? Za dziesięć lat pewnie przyszłoby jej do głowy, że Borgin planuje ją otruć, ale w tej chwili po prostu wyciągnęła rękę i przyjęła słodycze, chociaż była na tyle beznadziejną osobą w pewnych sprawach, że wciąż nie dostrzegała za nimi żadnych znaczeń.
– To ma być jakaś próba przekupstwa prefekta? Jeżeli tak, to całkiem skuteczna – zażartowała. Ułożyła na moment bukiet na pudełku, by sięgnąć do kieszeni, bo w końcu wypadało się odwdzięczyć. – Weź sobie jedną. Tylko uwaga, jeśli wylosujesz kartę z Panią Jeziora, to lepiej stąd uciekaj, Borgin, i to dużo szybciej niż przed tą biedną dziewczyną, bo wyrywając Nimue, mogłabym przypadkiem połamać ci palce – oświadczyła lekkim tonem, wydobywając z kieszeni kilka opakowań z czekoladowymi żabami. Wyciągnęła ku niemu dłoń, by mógł zgarnąć sobie przysmak, jeżeli miał ochotę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.