20.08.2023, 22:58 ✶
Miała poważne wątpliwości co do tego, czy na pewno powinna tu być. Wydarzenia ostatnich dni pokazywały, że branie udziału w akcjach raczej nie jest najrozsądniejszym pomysłem pod słońcem. Już raz zemdlała, drugi raz została powalona na kolana. I żeby to jeszcze była kwestia przeciwnika! Ale nie – wszystko działo się w jej głowie i żyła teraz w ciągłej niepewności, czy przypadkiem to się nie powtórzy (zakładała, że tak) i kiedy (w najgorszym możliwym momencie, oczywiście, czyli wypadałoby na dokładnie teraz, kiedy będą machać różdżkami, by przełamać opór. Tego też się spodziewała. Zresztą – zakładała same najgorsze rzeczy, bo przecież naprawdę mogli nikogo nie zastać).
Dlatego nie była przekonana, cz powinna iść. Bo może okazać się tylko ciężarem („to nie śmierciożercy” – być może, ale nawet zwierzę, zapędzone w kąt, się broni). Z drugiej strony – nie byłyby tylko we dwójkę, jak wtedy (a to byłoby już BARDZO nierozsądne, eufemistycznie mówiąc), no i te nieszczęsne braki kadrowe. Te same, przez które nie rzuciła wszystkim w trybie natychmiastowym i nie siedziała teraz w sadzie lub we własnym pokoju, pochłonięta przelewaniem obrazów na papier. Lub nie wywracała bibliotek do góry nogami, szukając odpowiedzi. A pytań przecież miała bardzo wiele.
Nie powinna tu być – oceniała ryzyko na zbyt wielkie. A jednak – proszę. Stała tu, słuchając wątpliwości Sadwika oraz wyjaśnień. I obserwując budynek jednym okiem. Bo a nuż któryś z kumpli Warchera postanowi wyjść? To by „trochę” wymusiło zmianę planów. Z drugiej strony… Hm. Chyba trzeba będzie wykroić trochę czasu na dodatkowy kurs, ale nie – nie ma co tego roztrząsać w tej chwili. Teraz liczyło się tylko zadanie.
Czy byli gotowi? Rzuciła Brennie wiele mówiące spojrzenie. Priorytetem byli ci kumple i nimi należało zająć się w pierwszej kolejności. Jeśli Mavelle odpadnie – oby to było tylko niesprawdzone czarnowidztwo – to i tak przede wszystkim liczył się ich cel. I towarzysze. Nie chciała przecież, żeby przez nią doszło do tragedii…
- Gotowa – potwierziła, zaciskając mocniej palce wokół różdżki. Raz, dwa i… trzask aportacji.
Dlatego nie była przekonana, cz powinna iść. Bo może okazać się tylko ciężarem („to nie śmierciożercy” – być może, ale nawet zwierzę, zapędzone w kąt, się broni). Z drugiej strony – nie byłyby tylko we dwójkę, jak wtedy (a to byłoby już BARDZO nierozsądne, eufemistycznie mówiąc), no i te nieszczęsne braki kadrowe. Te same, przez które nie rzuciła wszystkim w trybie natychmiastowym i nie siedziała teraz w sadzie lub we własnym pokoju, pochłonięta przelewaniem obrazów na papier. Lub nie wywracała bibliotek do góry nogami, szukając odpowiedzi. A pytań przecież miała bardzo wiele.
Nie powinna tu być – oceniała ryzyko na zbyt wielkie. A jednak – proszę. Stała tu, słuchając wątpliwości Sadwika oraz wyjaśnień. I obserwując budynek jednym okiem. Bo a nuż któryś z kumpli Warchera postanowi wyjść? To by „trochę” wymusiło zmianę planów. Z drugiej strony… Hm. Chyba trzeba będzie wykroić trochę czasu na dodatkowy kurs, ale nie – nie ma co tego roztrząsać w tej chwili. Teraz liczyło się tylko zadanie.
Czy byli gotowi? Rzuciła Brennie wiele mówiące spojrzenie. Priorytetem byli ci kumple i nimi należało zająć się w pierwszej kolejności. Jeśli Mavelle odpadnie – oby to było tylko niesprawdzone czarnowidztwo – to i tak przede wszystkim liczył się ich cel. I towarzysze. Nie chciała przecież, żeby przez nią doszło do tragedii…
- Gotowa – potwierziła, zaciskając mocniej palce wokół różdżki. Raz, dwa i… trzask aportacji.