20.08.2023, 23:00 ✶
I trzask.
W jednej chwili stali w alejce, w drugiej byli już na piętrze. Brenna posłała w drzwi zaklęcie, otwierając je w ten sposób… i chyba podświadomie spodziewała się, że zostaną zaraz zaatakowani, bo jakoś przywykła, że jeżeli coś mogło iść nie tak… to cóż, szło bardzo, bardzo nie tak. Nic takiego jednak się nie przydarzyło.
I w gruncie rzeczy to też było „nie tak”, bo oznaczało, że koledzy Watchera uciekli.
– Cholera – mruknęła cicho, po czym nasłuchiwała przez chwilę, czy z parteru nie słychać odgłosów walki. Kiedy jej uszu nie dobiegły żadne krzyki, świst zaklęć ani trzaski, przekroczyła próg. Oczywiście, z uniesioną różdżką, trzymając ją w takiej pozycji, że mogła błyskawicznie rzucić protego – nawyk, jaki wyrabiał się w tej robocie po paru latach.
Pomieszczenie, do którego weszli, było puste… w takim sensie, że w środku nie znaleźli żadnych ludzi. Było tu za to trochę porzuconych rzeczy, na oko Brenny ewidentnie wskazujących na to, że przygotowano tutaj jakieś specyfiki. Ale niewiele. Trochę za mało. Longbottom przykucnęła i najpierw przesunęła ręką nad plamami po stearynie, zaschniętymi od jakiegoś czasu, a potem skupiła spojrzenie na ziołach wysypanych na podłogę tu i ówdzie. Nie wiedziała, jakie, ale mogła ocenić, że te same: jakby komuś rozsupłał się woreczek i zgubił zawartość…
– Ktoś ich ostrzegł – powiedziała ponurym tonem. Działali bardzo szybko, ale i tak nie była zaskoczona. Watcher mógł ich ostrzec, bo kiedy dopadła go w jego mieszkaniu, wyglądało to trochę, jakby się pakował… (Uciekał przed nią? Przed Saurielem?) Ktoś z Nokturna mógł po prostu zauważyć, że wdał się w bojkę z Brygadą i wspomniał o tym kolegom. Albo ci zorientowali się, że ten zniknął i dodali dwa do dwóch…
Możliwości było wiele, efekt jednak bardzo dla nich niezadawalający. Jeden z trzech. W areszcie mieli tylko jednego z trzech. Brenny nie mógł usatysfakcjonować inny rezultat niż trzeciej z trzech, a najlepiej, to żeby było ich jeszcze więcej, bo może wcale nie działali sami?
Nic.
Były sposoby, aby się dowiedzieć, nawet jeżeli zajmie to więcej czasu.
– Michael, obstawiaj nas, proszę. Mavy? Czujesz coś? – zapytała, zdając się na słynny nos Bonesów, czulszy nawet niż nos Brenny, gdy stawała się wilkiem. Sama podniosła się i zaczęła przemieszczać wzdłuż pomieszczenia, mrucząc pod nosem inkantację apare vestigum i rozsypując widmowy, złocisty pył. Ślady nóg, jakie się w nim ukazały, świadczyły o bardzo pośpiesznym poruszaniu się…
Mavelle mogła jeszcze złapać ulotny zapach ziół, kadzideł (wyczuwalny pośród innych, nieprzyjemnych woni). Wietrzejące powoli tropy ludzi: spędzili tu dość czasu, by woń wychwyciła, chociaż już ruszenie za nią było niestety niemożliwe – minęło przynajmniej ze dwie godziny, a nie miała żadnych elementów odzieży czy rzeczy osobistych.
W jednej chwili stali w alejce, w drugiej byli już na piętrze. Brenna posłała w drzwi zaklęcie, otwierając je w ten sposób… i chyba podświadomie spodziewała się, że zostaną zaraz zaatakowani, bo jakoś przywykła, że jeżeli coś mogło iść nie tak… to cóż, szło bardzo, bardzo nie tak. Nic takiego jednak się nie przydarzyło.
I w gruncie rzeczy to też było „nie tak”, bo oznaczało, że koledzy Watchera uciekli.
– Cholera – mruknęła cicho, po czym nasłuchiwała przez chwilę, czy z parteru nie słychać odgłosów walki. Kiedy jej uszu nie dobiegły żadne krzyki, świst zaklęć ani trzaski, przekroczyła próg. Oczywiście, z uniesioną różdżką, trzymając ją w takiej pozycji, że mogła błyskawicznie rzucić protego – nawyk, jaki wyrabiał się w tej robocie po paru latach.
Pomieszczenie, do którego weszli, było puste… w takim sensie, że w środku nie znaleźli żadnych ludzi. Było tu za to trochę porzuconych rzeczy, na oko Brenny ewidentnie wskazujących na to, że przygotowano tutaj jakieś specyfiki. Ale niewiele. Trochę za mało. Longbottom przykucnęła i najpierw przesunęła ręką nad plamami po stearynie, zaschniętymi od jakiegoś czasu, a potem skupiła spojrzenie na ziołach wysypanych na podłogę tu i ówdzie. Nie wiedziała, jakie, ale mogła ocenić, że te same: jakby komuś rozsupłał się woreczek i zgubił zawartość…
– Ktoś ich ostrzegł – powiedziała ponurym tonem. Działali bardzo szybko, ale i tak nie była zaskoczona. Watcher mógł ich ostrzec, bo kiedy dopadła go w jego mieszkaniu, wyglądało to trochę, jakby się pakował… (Uciekał przed nią? Przed Saurielem?) Ktoś z Nokturna mógł po prostu zauważyć, że wdał się w bojkę z Brygadą i wspomniał o tym kolegom. Albo ci zorientowali się, że ten zniknął i dodali dwa do dwóch…
Możliwości było wiele, efekt jednak bardzo dla nich niezadawalający. Jeden z trzech. W areszcie mieli tylko jednego z trzech. Brenny nie mógł usatysfakcjonować inny rezultat niż trzeciej z trzech, a najlepiej, to żeby było ich jeszcze więcej, bo może wcale nie działali sami?
Nic.
Były sposoby, aby się dowiedzieć, nawet jeżeli zajmie to więcej czasu.
– Michael, obstawiaj nas, proszę. Mavy? Czujesz coś? – zapytała, zdając się na słynny nos Bonesów, czulszy nawet niż nos Brenny, gdy stawała się wilkiem. Sama podniosła się i zaczęła przemieszczać wzdłuż pomieszczenia, mrucząc pod nosem inkantację apare vestigum i rozsypując widmowy, złocisty pył. Ślady nóg, jakie się w nim ukazały, świadczyły o bardzo pośpiesznym poruszaniu się…
Mavelle mogła jeszcze złapać ulotny zapach ziół, kadzideł (wyczuwalny pośród innych, nieprzyjemnych woni). Wietrzejące powoli tropy ludzi: spędzili tu dość czasu, by woń wychwyciła, chociaż już ruszenie za nią było niestety niemożliwe – minęło przynajmniej ze dwie godziny, a nie miała żadnych elementów odzieży czy rzeczy osobistych.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.