To prawda, był zwykłym cywilem. Nieprzystosowanym do tego, żeby walczyć. Nie był nawet przystosowany do walki chociażby dlatego, że zawsze miał zdrowie pozostawiające trochę do życzenia. Nie był wojownikiem z ducha, nie szukał zwycięstwa w gwiazdach i nie chciał wieńca laurowego. Chciał po prostu żyć. Chciał, żeby na świecie panował pokój, żeby więcej ludzi było uprzejmych wobec siebie, stosowali częściej (szczerze) magiczne "proszę" i "dziękuję", żeby uśmiechy nie były fałszywe i żeby... koniec końców: żeby sam nie musiał wysilać swojej mimiki, żeby była właśnie taka. Fałszywa. Nie musisz się uśmiechać, kiedy nie czujesz się na uśmiech i nie musisz ukrywać tego, jak smutne jest oglądanie świata takiego, jakim jest. Wszystkie te pobożne życzenia rozpływały się w koniecznej codzienności. W ściemach i ułudach. Teraz wszystko stało się zamiast prostsze to bardziej skondensowane. Jak jednak powiedział - to nie Czarny Pan, osoba, której nigdy nawet nie widział na oczy, była najbardziej przerażająca. To ludzie, którzy byli też obok. Z którymi się witałeś, którym podawałeś dłoń. Nagle blondyn jeszcze bardziej nie wiedział, czego spodziewać się po tych ludziach, którzy tak chętnie i głośno opowiadali się za Czarnym Panem. Czy któryś z nich w jakimś momencie nie przetnie go magią w pół, nie zwiąże i nie wyrzuci do rzeki? Nie zrobią tego, bo miał rodzinę czystej krwi? Albo dlatego, że jednak miał pieniądze w kieszeni? Dlatego dobrze było złapać malutki oddech przy kimś, kto chyba nie był ci wrogiem. Nie chyba - na pewno. Zabawne, że wiedza z Hogwartu wyciągnęła im doświadczenia o sobie wzajem całkiem prawdziwe. Byli bystrzy. Potrafili spoglądać na ludzi i nie oceniać po pozorach. Laurent zapamiętał, że na Victorię można liczyć, kiedy komuś dzieje się krzywda, ale nie licz na nią, jeśli jesteś, ładnie mówiąc, cwaniakiem. Obrończyni. Nie w srebrzystej zbroi, nie niosła miecza i nie lśniła aureola nad jej czarnymi włosami. Nie musiała. Prawdziwymi bohaterami są ci, którzy kroczyli najbliżej ludzi.
- Nie będę uwłaczał twojej odwadze, ale przecież nie pozostajesz również na to obojętna. A jednak... jak to określiłaś - nie piszczysz jak inne sowy. - Wyglądało na to, że bali się tego samego. Może dlatego tak łatwo weszli na jedną falę? Laurent chciał ją adorować, więc nie szczędził ani sobie, ani jej. Chciał ją poznać, bliżej. Zbadać. Przekonać się, kim stała się Prefekt Naczelna, na którą wcześniej tak nie patrzył. Wtedy, lata temu, był jeszcze bardziej strachliwy niż teraz. A ona była o wiele bardziej zakopana w książkach, niż była teraz. Nie trzeba być drapieżnikiem, żeby widzieć, jak ludzie byli nagle niepewni, jak niepokój przechodził dreszczem po kręgosłupach. Osoby wrażliwe to wyczuwały, tak po prostu. A i te, które empatii nie miały - wystarczyło się rozejrzeć, posłuchać, znać ludzi, z którymi rozmawiasz, żeby dostrzec zmianę. Być trochę uważniejszy w obserwacjach. - Nawet najpiękniejszy owoc może zgnić od środka. Niektóre jednak mają do zaoferowania o wiele więcej. I kuszą tym bardziej z każdym kolejnym gryzem. - Och tak, zdecydowanie tutaj nie było żadnego "dalej nie". Dla Laurenta to był taniec. Bardzo przyjemny taniec, w który się zapuszczał i stawiał drobne kroki, sprawdzając i badając, czy partnerka jest chętna dać się poprowadzić. Ale prawda była taka, że to rzeczywiście nie były komplementy wymuszone. Owszem, tak jak powiedział, uroda była istotna, ale czasami wystarczyło mu zamienić dwa zdania z drugą stroną, żeby wiedzieć, że nawet jeśli jest coś warta, to na pewno straciła całą swoją sensualność. Z Victorią działo się coś kompletnie przeciwnego.
- Cieszę się, że proponujesz. Dosłownie wyjęłaś mi tę propozycję z ust. - Odstawił swoją lampkę i tak, zgadza się - napełnił za to lampkę Victorii, żeby zaraz zaproponować jej ramię, gdyby chciała oprzeć swoją dłoń. Oczywiście to była jedna z tych propozycji jak najbardziej do odrzucenia. - To robienie małych kroczków. Zamyślona piękność nie mogąca wybrać wina, lekko napięta i samotna, nie podążająca za tłumnym wezwaniem do wyższości czystej krwi... - Celowo powiedział to takim tonem, jakby właśnie czytał powieść noire, której spektakl miał się zaraz rozegrać. - Służę pomocą do zapomnienia o nadmiarze pracy i przykrej codzienności. - Jego nieskromnym zdaniem nawet mimo zagajenia o temat - szło mu całkowicie dobrze. - Ja, droga Victorio, wolę polać wino i dodać od siebie kroplę miodu, żebyś miała szansę na rozluźnienie swoich mięśni. - Musnął lekko palcem ten niby przypadkowo puszczony pukiel włosów. Och, na pewno nie przypadkowo. Nie, nie był liderem. Był na to zbyt łagodny, zbyt delikatny, zbyt empatyczny. Za miękki.