21.08.2023, 11:20 ✶
- Żeby to było takie proste, Mav. Był subtelny, tak subtelny, że nie zwróciłam na niego uwagi, a potem… potem już nie pamiętałam, gdzie jestem, dokąd idę, ze wszystkich stron napierały na mnie ściany i wszędzie widziałam widma – westchnęła Brenna. Niekoniecznie dotarły do źródła tych kadzideł (chociaż Brennie bardzo ulżyłoby, gdyby tak się stało, mogłaby odhaczyć jedną sprawę), ale cokolwiek tu produkowano, było podobne. I na pewno wytwarzano je nielegalnie, bez koncesji, bez żadnych gwarancji, co do bezpieczeństwa, bez podatków.
A to oznaczało, że powinno zostać usunięte z ulic.
– Myślę, że coś mamy, a ty może pochwycisz zapach… – mruknęła Brenna chwilę później, kiedy dźwigała się z podłogi. Tym razem nie było żadnych sensacji. Nie mdlała, nie straciła ostrości widzenia, krew nie pociekła jej z nosa. Talent widmowidza był kapryśny, ale w tym wypadku zadziałał jak trzeba.
Kiedy jednak Longbottom odwróciła się do kuzynki, natychmiast zrozumiała, że nie tylko ona właśnie patrzyła na czyjeś wspomnienia. Znała już to zamglone spojrzenie, zastygnięcie w miejscu: widziała je u Bones. Widziała je u Victorii. Była niemal pewna, że i ona wyglądała podobnie, gdy otaczał ją dym świec.
Brenna jednym skokiem dopadła kuzynki, przytrzymała, na wypadek, gdyby ta miała upaść. Objęła ją w pasie, drugą ręką schwyciła jej dłoń.
(Zimną. Tak bardzo zimną. Ale to nie miało znaczenia: Brenna łapała Mavelle za dłoń od zawsze, a potem ją gdzieś prowadziła, do lasu, do okna, by uciec przez nie z balu, do łazienki Jęczącej Marty, na nocną włóczęgę po Hogwarcie, w uliczki niemagicznego Londynu, do kawiarni, a czasem na bagna pełne nieumarłych – żaden chłód nie mógł sprawić, że przestanie.)
– Mavy, skarbie? Usiądźmy może? – zaproponowała, chociaż usiąść mogły tutaj tylko na podłodze, ale jakie to miało znaczenie? Spoglądała na Bones zaniepokojona, bo nie była pewna, co to zobaczyła, a Brenna doskonale wiedziała, że w cudzych wspomnieniach można znaleźć rzeczy, których nie chce się oglądać. A wujek całe lata był aurorem i… i był wujkiem. To wszystko utrudniało, zwłaszcza, że strata wciąż była świeża i żadne z nich nie zdążyło przebyć żałoby.
(Dwa miesiące, wyczytała Brenna, kiedy ukradkiem zajrzała do książki na ten temat w bibliotece Parkinsonów. Najbardziej intensywna żałoba trwa dwa miesiące. Dlatego starała się nie zerkać ukradkiem na Dany i Lucy, dać im czas, bo może… może…
Tyle że Mavelle nie miała szansy przebyć tej żałoby, skoro wspomnienia Derwina wciąż śpiewały w jej umyśle.)
A to oznaczało, że powinno zostać usunięte z ulic.
– Myślę, że coś mamy, a ty może pochwycisz zapach… – mruknęła Brenna chwilę później, kiedy dźwigała się z podłogi. Tym razem nie było żadnych sensacji. Nie mdlała, nie straciła ostrości widzenia, krew nie pociekła jej z nosa. Talent widmowidza był kapryśny, ale w tym wypadku zadziałał jak trzeba.
Kiedy jednak Longbottom odwróciła się do kuzynki, natychmiast zrozumiała, że nie tylko ona właśnie patrzyła na czyjeś wspomnienia. Znała już to zamglone spojrzenie, zastygnięcie w miejscu: widziała je u Bones. Widziała je u Victorii. Była niemal pewna, że i ona wyglądała podobnie, gdy otaczał ją dym świec.
Brenna jednym skokiem dopadła kuzynki, przytrzymała, na wypadek, gdyby ta miała upaść. Objęła ją w pasie, drugą ręką schwyciła jej dłoń.
(Zimną. Tak bardzo zimną. Ale to nie miało znaczenia: Brenna łapała Mavelle za dłoń od zawsze, a potem ją gdzieś prowadziła, do lasu, do okna, by uciec przez nie z balu, do łazienki Jęczącej Marty, na nocną włóczęgę po Hogwarcie, w uliczki niemagicznego Londynu, do kawiarni, a czasem na bagna pełne nieumarłych – żaden chłód nie mógł sprawić, że przestanie.)
– Mavy, skarbie? Usiądźmy może? – zaproponowała, chociaż usiąść mogły tutaj tylko na podłodze, ale jakie to miało znaczenie? Spoglądała na Bones zaniepokojona, bo nie była pewna, co to zobaczyła, a Brenna doskonale wiedziała, że w cudzych wspomnieniach można znaleźć rzeczy, których nie chce się oglądać. A wujek całe lata był aurorem i… i był wujkiem. To wszystko utrudniało, zwłaszcza, że strata wciąż była świeża i żadne z nich nie zdążyło przebyć żałoby.
(Dwa miesiące, wyczytała Brenna, kiedy ukradkiem zajrzała do książki na ten temat w bibliotece Parkinsonów. Najbardziej intensywna żałoba trwa dwa miesiące. Dlatego starała się nie zerkać ukradkiem na Dany i Lucy, dać im czas, bo może… może…
Tyle że Mavelle nie miała szansy przebyć tej żałoby, skoro wspomnienia Derwina wciąż śpiewały w jej umyśle.)
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.