Jego oczy były utkwione w Elaine, po tym, jak rozchylił powieki, jak jej podziękował. Odprowadzał ją wzrokiem, gdy niemal się minęła z magimedyczką, która wkroczyła do środka. Zdziwiona, że Florence tutaj jest. Nic dziwnego, że zdziwiona. W końcu to w ogóle nie była jej działka. Mimo to jak przychodziło co do czego to Laurent rzadko odwiedzał Munga. Pierwsza zawsze była Florence, kiedy cokolwiek się stało. Gdy dopadały jakiekolwiek bolączki, kiedy piszczał nad przeciętym paluszkiem i zamiast jak każdy normalny człowiek po prostu zalepić plasterkiem, to cudował jakby co najmniej miał mu zaraz odpaść. Teraz po prostu leżał. Takie zwłoki wyłożone na noszach, przy których skakano, a do których wracała świadomość. powoli jego ciało odzyskiwało siły, powoli się regenerowało, powoli wszystko wracało na swoje miejsce. Włącznie z Elaine. Włącznie z Florence, która miała wrócić do swoich spraw.
- Tak... jakoś... - Swoim zwyczajem uśmiechnął się, choć był to bardzo mizerny i słaby uśmiech, który nawet nie dotykał tych, jakie zazwyczaj potrafiły pojawiać się na jego twarzy. Całe szczęście, że Rhynda wzięła go z zaskoczenia z tą nogą, bo by zaczął panikować na nowo. Ale to była doświadczona doktorka, nie przysparzała swoim pacjentom niepotrzebnego stresu. Bo kto by się normalny nie denerwował, że zaraz będą mu przekręcać nogę? Chyba każdy poczułby chociaż cień strachu, że coś nienaturalnego będzie robione z jego ciałem. Nawet jeśli miało to na celu przywrócić naturalną kolej rzeczy. Napiął się jak struna, stęknął, zatrzymując powietrze w płucach i zaraz ta sekunda bólu przeminęła, znów doprowadzając mięśnie do rozluźnienia. Spojrzał teraz na Rhyndę z lekką niepewnością zabarwioną kroplą strachu, jakby spodziewał się, że stanie się coś jeszcze.
- No już, nie rób takiej miny. Łykaj szybko. - Kobieta poczekała, aż Laurent weźmie od niej eliksir i go wypije, zanim wróciła do porządkowania swojego, jakby nie patrzeć, miejsca pracy i orientowania się dalej w tym, jakie ewentualne obrażenia mógł mieć pacjent poza tymi, które wymieniła Florence.
- Niee... - Zamarudził, kiedy Bulstrode oznajmiła, że będzie musiał tutaj zostać. Nie chciał. Naprawdę nie chciał tkwić w tych ścianach, zresztą po co? - Lepiej będzie mi w domu. Nic mi nie jest... - Powiedział leżący bez sił człowiek, który dopiero teraz zaczął wyglądać jak człowiek, kiedy kolejne machnięcie różdżki uzdrowicielki doprowadziło go do stanu używalności. Ściągnęło całą krew z niego i brud, który zdobył jego ubrania, twarz, włosy. - Nie zgłaszaj tego... proszę... - Nie zgłaszaj napaści do brygadzistów. - To... był... wypadek. - Powiedział na wydechu. Nie chciał jej denerwować i nie chciał jej okłamywać. Ale nie chciał też mówić o tym teraz, przy tej uzdrowicielce. Miał trudność ze skupieniem się, a tym bardziej ze skupieniem się na tym, co właściwie już tutaj powiedziane zostało i do czego mógł się odnieść. - Po...porozmawiamy zaraz? - Dodał od razu, nie chcąc, żeby Florence zdążyła na niego nafuczeć czy się zezłościć, że utrzymywał, że to był wypadek. Ale, co ciekawe, nie był nawet przestraszony rozmową o tym. Jeśli czegokolwiek się tutaj bał to reakcji samej Florence, a nie tego, co się wydarzyło. Nie tego "wypadku". Z tym był... pogodzony. Nawet jeśli nie spodziewał się czegoś takiego.