Nie było potrzeba wiele, żeby dojrzeć jego drugą naturę. Starał się zachowywać swój wizerunek, jakiego się trzymał. To cud, co potrafiło robić jedno spojrzenie, jeden uśmiech. Ludzie, nawet ci, którzy znali plotki i mieli o nim gorsze mniemanie, jakoś o tym potrafili zapominać, kiedy tylko się z nimi parę słów zamieniło, albo celowo darowali sobie spoglądanie przez pryzmat tego, co podpowiadał rozsądek. Czemu? Kłamstwo było peonem wynoszonym na diabelskich skrzydłach. Najlepiej zaś okłamywało się siebie samego. Nie potrzeba kogoś słowem przekonywać o tym, jaki to jesteś - ludzie sami sobie dopisywali, albo wręcz nadpisywali informacje względem tego, jak cię odbierali. Ktoś inny odebrał tę osobę inaczej, w porządku - ja w nim widzę coś innego. Nowego! Ktoś się pomylił w swoim osądzie. Poświęcał wiele chwil na próbę zrozumienia tego fenomenu. Szukał powodu, dla którego niektórzy machali ręką. I nie potrafił znaleźć reguły. Nie widział zasady. Nie satysfakcjonowała go odpowiedź "bo tak jest". Ludzie byli sztuką, którą pragnął zagłębiać, a to znowu pchało go często do bardzo głupich, emocjonalnych odruchów i decyzji. Niestety mimo tego, że nie czuł się wśród Prewettów jak ryba w wodzie to jednak tym Prewettem był. I tak samo, jak kochał konie, tak samo zamoczył swoje palce w rzeczach, których nie pokazywało się światłu dziennemu. Nawet jeśli ze strachu wyrodziła się odwaga, żeby te palce wyciągnąć. Było już za późno na to, żeby nie zostały żadne ślady. Blizny niewidoczne gołym okiem tętniły wraz z rytmem serca.
Gdyby temu spotkaniu dopisywał lepszy nastrój to pewnie by zażartował, że w takim razie lepiej będzie im zostać tutaj - przynajmniej będą mieli wymuszony spokój. Nie dopisywał mu jednak dobry nastrój. To, że zachowywał spokój nie oznaczało, że spokojny jest. Florence była jak uderzenie sędziowskiego młota. Nie chodziło o to, że powie prawdę o nieodpowiedzialności za chowanie trupów po szafach, albo że drżał ze strachu przed jej osobą. To nie do niej należał ten młotek - to on sam go dzierżył. Nikt inny tylko on sam wpakował się w tę kabałę. Teraz musiał się z tego tłusto i grubo tłumaczyć.
- Dzień dobry, Pani Bulstrode. - Uśmiechnął się Aleksander do kobiety i pokłonił, ściągając czapkę z głowy. To był szczery uśmiech. Aleksander był prostym mężczyznom, któremu wystarczyło wiedzieć, że Florence była kimś, kto zaprowadzała porządek u Laurenta. Laurent zaś był dla niego kimś odrobinkę więcej niż tylko pracodawcą. Po prostu dobrze wiedział, że nie można łączyć jakichkolwiek prywatnych zażyłości z tym, kim jest dla ciebie "szef".
- Powinnaś rozważyć założenie ogródka z ziołami do twoich magicznych specyfików. Ziemi jest tutaj pod dostatkiem. - I oczywiście on mógłby go doglądać, co z tego, że już miał roboty po łokcie, bo oczywiście wszystkiego musiał doglądać i dopilnowywać sam. I sam również tutaj mieszkał. Zawsze tak samo cichy, pusty dom. Tylko jurczak, czarny jak noc, o krótkiej sierści, czasem przecinał ciszę głośnym szczekaniem. Ale wyłącznie, gdy coś się działo. Teraz wielkie bydle wyrwane z piekła rodem podniosło łeb, nastroszyło szpiczaste, nietoperzowe uszyska i spojrzało czujnie na gościa, który przestąpił furtkę ogrodu prowadzącą do posiadłości. A kiedy zobaczył, że to znajoma twarz, położył się znowu na trawie. - Przepraszam za wczoraj, ja... - Ja co? Nie byłem w stanie samemu dojść do domu? Cię nie martwić? Zachować klasę? Sam w zasadzie nie wiedział, co chciał powiedzieć. Jego oczy przez moment latały na boki, jakby ta odpowiedź miała się pojawić zapisana na murawie. Nie pojawiła. Westchnął ciężko i wskazał stolik na tarasie, odsuwając Florence krzesło. Piękny, letni dzień. Aż szkoda go marnować w domu. - Dziękuję. - Że tego nie zgłosiła. Że stanęło na "wypadek". Zastanawiał się tylko, jak powinien podziękować tamtej kobiecie... Elaine.