21.08.2023, 15:56 ✶
Florence bliżej było do Bulstrodów niż Prewettów: była spokojna, odpowiedzialna i skupiona na pracy, podobnie jak jej brat Orion. Ale wiele czasu spędziła pośród Prewettów i doskonale znała swoją matkę. Nie musiała uczyć się, że ludzie mają wiele twarzy i co kryje się za uśmiechami albo urokiem – bo wiedziała to od zawsze. Dorastała w takim otoczeniu. Była pełna kokieterii Seraphina, która za bielą sukienek chowała przebiegłość i pamięć absolutną, był Atreus, czarujący chłopak, noce spędzający na hazardzie i był wreszcie Laurent, ten uroczy, spokojny młodzieniec, który chodził krętymi ścieżkami.
A ona pozostawała tego świadoma. Może łatwiej było jej to wszystko zaakceptować, bo ostatecznie ten świat był i jej światem, nawet jeżeli ją na rodzinnym obrazie malowały zupełnie inne kolory.
Nie sądziła, że przestraszy Laurenta ani że występuje tu w roli służebnicy Temidy. Te czasy, gdy mogła osądzać, co zrobić ze sprawą kradzieży ciasteczek albo wyrwania piór z ogona abraxana, minęły wiele lat temu. Mimo to przyszła tutaj zadać parę pytań i w swoim wrodzonym uporze chciała odpowiedzi. I jak na córkę Prewettówny przystało, była skłonna zagrać najlepszą kartą, jaką dysponowała.
A tą kartą było: daj mi powód, abym nie poszła do biura Brygady zgłosić, że na progu szpitala pojawił się ktoś ewidentnie zaatakowany. Bo tak, nie zgłosiła tego jeszcze, skoro ją o to poprosił, ale wciąż jeszcze mogła to zrobić.
Nie zamierzała jednak jej wyciągać bez potrzeby – w końcu asa z rękawa nie wyjmujesz na początku gry.
– Dzień dobry, Alexandrze – przywitała Florence pracownika, na moment odrywając spojrzenie od kuzyna. Na moment jednak tylko, bo jasne, bystre oczy Bulstrode zaraz powróciły do Laurenta. – To miłe z twojej strony, ale uprawianie ziół nigdy nie było moim powołaniem. Chyba nie mam do tego talentu.
Florence uczyła się zastosowania ziół bardzo pilnie i wiedziała, herbatkę z jakimi zaordynować pacjentowi na ból głowy, a jaki zapach polecić na bezsenność. Ale zawsze nie cierpiała tych części, w których musiała zakładać ochronny strój i walczyć z kąsającą kapustą albo wyrywać z ziemi mandragory.
Przeszła za Laurentem do jego domu, cichego budynku, tak blisko morza. Jego zapach i szum dotarły do niej jeszcze na długo nim je zobaczyła. Nie dzielili tej miłości do fal, morskiej piany: on miał to we krwi, ona lubiła na morze patrzeć, ale nigdy by się do niego nie zbliżyła. Podziękowała, kiedy Prewett odsunął dla niej krzesło, usiadła na nim i odruchowo wygładziła spódnicę, by ta się nie pomięła.
– Nie musisz mnie przepraszać za to, że trafiłeś do szpitala, mój drogi – powiedziała, wciąż śledząc go uważnym spojrzeniem, jakby chciała wyłapać najdrobniejszy grymas, każdą zmianę mimiki, wszystko, co mogłoby pojawić się w oczach, choć nie oddadzą tego słowa. – Natomiast chciałabym wiedzieć, dlaczego musiałeś do niego trafić. Oboje chyba doskonale wiemy, że to nie był żaden wypadek. Dlaczego ukrywasz tych mężczyzn, którzy cię zaatakowali?
Nie, sam fakt jej nie dziwił. Był Prewettem. Ona miała w sobie ich krew. Interesy jej rodziny często wykraczały poza granice legalności – i było coś ironicznego w tym, że jej dwa bracia zostali aurorami, ale czy tacy jak Prewettowie nie lubili mieć swoich ludzi… w różnych miejscach? Florence, która sama potrafiła iść do profesora z testem zdanym na sto procent i prosić o inny zestaw pytań, bo przewidziała odpowiedzi, wbrew pozorom doskonale wiedziała, że pewne rzeczy muszą pozostać w cieniu.
Ale czy powinna tam pozostać ta? I czy nie wciągnie w ciemność Laurenta, skoro już raz omal nie doprowadziła go na drugą stronę istnienia?
A ona pozostawała tego świadoma. Może łatwiej było jej to wszystko zaakceptować, bo ostatecznie ten świat był i jej światem, nawet jeżeli ją na rodzinnym obrazie malowały zupełnie inne kolory.
Nie sądziła, że przestraszy Laurenta ani że występuje tu w roli służebnicy Temidy. Te czasy, gdy mogła osądzać, co zrobić ze sprawą kradzieży ciasteczek albo wyrwania piór z ogona abraxana, minęły wiele lat temu. Mimo to przyszła tutaj zadać parę pytań i w swoim wrodzonym uporze chciała odpowiedzi. I jak na córkę Prewettówny przystało, była skłonna zagrać najlepszą kartą, jaką dysponowała.
A tą kartą było: daj mi powód, abym nie poszła do biura Brygady zgłosić, że na progu szpitala pojawił się ktoś ewidentnie zaatakowany. Bo tak, nie zgłosiła tego jeszcze, skoro ją o to poprosił, ale wciąż jeszcze mogła to zrobić.
Nie zamierzała jednak jej wyciągać bez potrzeby – w końcu asa z rękawa nie wyjmujesz na początku gry.
– Dzień dobry, Alexandrze – przywitała Florence pracownika, na moment odrywając spojrzenie od kuzyna. Na moment jednak tylko, bo jasne, bystre oczy Bulstrode zaraz powróciły do Laurenta. – To miłe z twojej strony, ale uprawianie ziół nigdy nie było moim powołaniem. Chyba nie mam do tego talentu.
Florence uczyła się zastosowania ziół bardzo pilnie i wiedziała, herbatkę z jakimi zaordynować pacjentowi na ból głowy, a jaki zapach polecić na bezsenność. Ale zawsze nie cierpiała tych części, w których musiała zakładać ochronny strój i walczyć z kąsającą kapustą albo wyrywać z ziemi mandragory.
Przeszła za Laurentem do jego domu, cichego budynku, tak blisko morza. Jego zapach i szum dotarły do niej jeszcze na długo nim je zobaczyła. Nie dzielili tej miłości do fal, morskiej piany: on miał to we krwi, ona lubiła na morze patrzeć, ale nigdy by się do niego nie zbliżyła. Podziękowała, kiedy Prewett odsunął dla niej krzesło, usiadła na nim i odruchowo wygładziła spódnicę, by ta się nie pomięła.
– Nie musisz mnie przepraszać za to, że trafiłeś do szpitala, mój drogi – powiedziała, wciąż śledząc go uważnym spojrzeniem, jakby chciała wyłapać najdrobniejszy grymas, każdą zmianę mimiki, wszystko, co mogłoby pojawić się w oczach, choć nie oddadzą tego słowa. – Natomiast chciałabym wiedzieć, dlaczego musiałeś do niego trafić. Oboje chyba doskonale wiemy, że to nie był żaden wypadek. Dlaczego ukrywasz tych mężczyzn, którzy cię zaatakowali?
Nie, sam fakt jej nie dziwił. Był Prewettem. Ona miała w sobie ich krew. Interesy jej rodziny często wykraczały poza granice legalności – i było coś ironicznego w tym, że jej dwa bracia zostali aurorami, ale czy tacy jak Prewettowie nie lubili mieć swoich ludzi… w różnych miejscach? Florence, która sama potrafiła iść do profesora z testem zdanym na sto procent i prosić o inny zestaw pytań, bo przewidziała odpowiedzi, wbrew pozorom doskonale wiedziała, że pewne rzeczy muszą pozostać w cieniu.
Ale czy powinna tam pozostać ta? I czy nie wciągnie w ciemność Laurenta, skoro już raz omal nie doprowadziła go na drugą stronę istnienia?