21.08.2023, 17:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2023, 18:47 przez Florence Bulstrode.)
Florence lubiła samą siebie uważać za nieomylną, ale nawet ona nie potrafiłaby odpowiedzieć Laurentowi. Dlaczego nie był szczęśliwy, gdy osiągnął swój cel? Może dlatego, że wciąż wisiało nad nim widmo przeszłych grzechów. Może bo w głębi serca dalej był skrzywdzonym dzieckiem, które za szybko straciło matkę i nie dostał szansy, aby to z siebie zrzucić. Może bo nie znalazł jeszcze tego, czego naprawdę szukał.
A może coś jeszcze zupełnie innego.
Nie mogłaby mu odpowiedzieć zwłaszcza, że sama przecież była zadowolona ze swojego życia, właściwie na tyle, na ile było to możliwe. I nawet jeżeli czasem w jej głowie szeptały teraz płomienie Beltane, opowiadając, że brak w tym życiu paru elementów, umiała znaleźć w nim satysfakcję i poczucie sensu. Tyle że ona miała dość zrównoważony charakter, normalne dzieciństwo, a przy tym nie słyszała wezwania morza.
Wyraz jej twarzy złagodniał, gdy padły kolejne słowa. Chciałaby – bardzo by chciała – zapewnić go, że wszystko będzie dobrze. Ale to byłoby kłamstwo, a Florence nie chciała okłamywać Laurenta. Nie był już dzieckiem, które dałoby się chronić, a ludzie, z którymi zadarł, mieli w sobie mnóstwo czerni. I sam również popełnił jakiś błąd. Poważny błąd. Nie mogła udawać, że nie powinien zmierzyć się z jego konsekwencjami.
– Chodź tutaj, mój drogi – powiedziała, przysuwając się do niego i wyciągając ręce, by go objąć. – Ja i Pandora też cię kochamy, i zapewniam, że reputacja rodziny znaczy dla nas obu mniej niż twoje bezpieczeństwo.
Malfoyowie, Blackowie, Crouchowie, dla nich reputacja była wszystkim. Dla niektórych Prewettów także… chociaż niekoniecznie pragnęli tej nieskazitelnie czystej reputacji. Ale na pewno nie dla niej. Tak, dbała o opinię rodziny, ale bardziej dbała o tych, którzy tę rodzinę tworzyli.
Milczała przez chwilę, chcąc po prostu pozwolić mu się wypłakać, i na tarasie domu słychać było jedynie szum fal, raz za razem uderzających o brzeg. Florence czasem bała się, że pewnego dnia Laurent posłucha ich zewu: że morze go zabierze. Teraz zaczęła się obawiać, czy nie będzie musiał wbiec pomiędzy fale nie podążając za wodnym zewem, a w ucieczce przed niebezpieczeństwem na lądzie.
Nie bała się o siebie. Nie bała się i o braci. Byli aurorami i nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałby ich skrzywdzić, aby dać ostrzeżenie Laurentowi, a ona wszak wciąż mieszkała w ich domu. Nie miała też w sobie wiele lęku o Pandorę – kto zechciałby napadać na dziedziczkę Prewettów, ryzykować zemstę? Ale Laurent… on był w niebezpieczeństwie. Może wiedzieli, że nie zechce prosić o pomoc, a może chodziło jeszcze o coś innego.
Nie chciała, by spotkało go coś złego. Nie chciała, by stracił New Forest. Ale i nie chciała, by sprawa wyszła na jaw, bo to mogłoby go zniszczyć. Nie reputację rodu - ale jego samego.
– Nie będę wypytywać, jeśli nie chcesz mówić, ale nie mogę ci pomóc, jeżeli nie wiem, co się dzieje – powiedziała po dłuższej chwili, odsuwając się od niego.
A może coś jeszcze zupełnie innego.
Nie mogłaby mu odpowiedzieć zwłaszcza, że sama przecież była zadowolona ze swojego życia, właściwie na tyle, na ile było to możliwe. I nawet jeżeli czasem w jej głowie szeptały teraz płomienie Beltane, opowiadając, że brak w tym życiu paru elementów, umiała znaleźć w nim satysfakcję i poczucie sensu. Tyle że ona miała dość zrównoważony charakter, normalne dzieciństwo, a przy tym nie słyszała wezwania morza.
Wyraz jej twarzy złagodniał, gdy padły kolejne słowa. Chciałaby – bardzo by chciała – zapewnić go, że wszystko będzie dobrze. Ale to byłoby kłamstwo, a Florence nie chciała okłamywać Laurenta. Nie był już dzieckiem, które dałoby się chronić, a ludzie, z którymi zadarł, mieli w sobie mnóstwo czerni. I sam również popełnił jakiś błąd. Poważny błąd. Nie mogła udawać, że nie powinien zmierzyć się z jego konsekwencjami.
– Chodź tutaj, mój drogi – powiedziała, przysuwając się do niego i wyciągając ręce, by go objąć. – Ja i Pandora też cię kochamy, i zapewniam, że reputacja rodziny znaczy dla nas obu mniej niż twoje bezpieczeństwo.
Malfoyowie, Blackowie, Crouchowie, dla nich reputacja była wszystkim. Dla niektórych Prewettów także… chociaż niekoniecznie pragnęli tej nieskazitelnie czystej reputacji. Ale na pewno nie dla niej. Tak, dbała o opinię rodziny, ale bardziej dbała o tych, którzy tę rodzinę tworzyli.
Milczała przez chwilę, chcąc po prostu pozwolić mu się wypłakać, i na tarasie domu słychać było jedynie szum fal, raz za razem uderzających o brzeg. Florence czasem bała się, że pewnego dnia Laurent posłucha ich zewu: że morze go zabierze. Teraz zaczęła się obawiać, czy nie będzie musiał wbiec pomiędzy fale nie podążając za wodnym zewem, a w ucieczce przed niebezpieczeństwem na lądzie.
Nie bała się o siebie. Nie bała się i o braci. Byli aurorami i nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałby ich skrzywdzić, aby dać ostrzeżenie Laurentowi, a ona wszak wciąż mieszkała w ich domu. Nie miała też w sobie wiele lęku o Pandorę – kto zechciałby napadać na dziedziczkę Prewettów, ryzykować zemstę? Ale Laurent… on był w niebezpieczeństwie. Może wiedzieli, że nie zechce prosić o pomoc, a może chodziło jeszcze o coś innego.
Nie chciała, by spotkało go coś złego. Nie chciała, by stracił New Forest. Ale i nie chciała, by sprawa wyszła na jaw, bo to mogłoby go zniszczyć. Nie reputację rodu - ale jego samego.
– Nie będę wypytywać, jeśli nie chcesz mówić, ale nie mogę ci pomóc, jeżeli nie wiem, co się dzieje – powiedziała po dłuższej chwili, odsuwając się od niego.