Ida zamrugała oczami, kiedy żuchwa kobiety stężała w wyostrzonym ruchu.
- Dlaczego ludzie mieliby umierać na mój widok? - Wymamrotała połowicznie w stronę Brenny, ale też Alastora, na którego na szczęście nie musiała patrzeć, by widzieć jego niezręczną postać. Czuła się potwornie nie na miejscu, kuśtykając ledwo co parę kroków, a w chwilach przerwy cały czas dmuchając w opadające na czoło włosy. Zdecydowała się jednak spojrzeć w stronę brata, posyłając mu uniesioną w zapytaniu brew, na widok jego dziwniejszej niż zwykle reakcji w stosunku do Figgówny. - Zachowuj się pajacu, to moja nowa… Koleżanka. - Dodała nieśmiało i szybko, byleby tylko uniknąć przykrej ewentualności, gdyby tamta odmówiła ich nowej znajomości. Nie umiała poznawać ludzi, chyba że w otoczeniu sali przesłuchań, ale z Norą było inaczej. Może to rodzinne problemy z poszukiwaniem akceptacji ojca i zastępowaniu roli matki przypadkowymi przyjaciółkami, może coś równie poważnego, nad czym Ida nie miała czasu myśleć, ale czuła w stosunku do tamtej sympatię. Jakby ich znajomość w jakiś sposób oddziaływała na przyszłość czarownicy, jednak żadna potencjalna wizja tego nie potwierdzała. Pozostawało przekonać się o tym na własnej, wyjątkowo odsłoniętej i oblatującej gęsią skórką skórze. Najwyraźniej miał w tym pomóc nieznajomy przyjaciel Longbottom, który na jej powitanie odpowiedział najpierw boleśnie długimi sekundami ciszy, a następnie zdecydował zrobić z jej ręki motoryczny odpowiednik Złotego Znicza, potrząsając nią boleśnie.
- To jest chyba ten pierwszy co będzie potrzebował ratownika magimedycznego. - Wyciągnęła praktycznie siłą swoją dłoń z uścisku, mówiąc równocześnie i do mężczyzny, jak i Brenny. Ułożywszy usta w prostą linię, poczęła bez grosza gracji poprawiać ułożenie długich fal tkaniny.
- Cholera, nie da się tak. Cho no tu na chwilę i potrzymaj mi to. - Wyciągnęła najpierw ze stanika odznakę aurorską, następnie paczkę papierosów z drugiej strony dekoltu, różdżkę uczepioną w zawiązce włożyła w zęby, a wreszcie spod tkaniny udrapowanej uniosła niebezpiecznie wysoko wcięcie w boku sukni, by wydobyć zapalniczkę. Całość pakunku wcisnęła w ramiona nieznajomego, wreszcie mając swobodę ruchów w dostosowaniu ułożenia bożal się Merlinowi kreacji. Cała scena może dotrwałaby i do szybkiego końca, gdyby nie fakt, że pośród morza ciał ujrzała to jedno, które rozpoznałaby prawie wszędzie.
- Ostatni raz jak spławdzałam, ty tu jestesz od płacenia, a ja od bycia biedną. I piwło moges wsadzić tam, gdzie plecy trasa swoją szlacheptną nazwę, dzisiaj tylko cieżpkie alkohołe, bo dołże do tego, żebły nic z tego wieczoru nie pamiętłać. - Wybełkotała do Erika przez trzymaną w ustach różdżkę, wzrokiem nieświadomie wiodąc za blondwłosą. Mimowolnie omiotła wzrokiem całą ją sylwetkę, aby wreszcie zatrzymać się na dłoni Eden splecionej z tą należącą do jej męża, wcale nie tak dyskretnie. Oczywiście, że tak. Dopiero teraz zaczerwieniła się niczym gustowna zasłona jednego z obszernych okien sali, momentalnie żałując swojej nieokrzesanej ciekawości. Zresztą czego innego mogła się spodziewać. W milczeniu przyglądała się krótkiej wymianie zdań między Malfoyami, a Erikiem i Brenną, notując w umyśle zaskakująco ciepły ton głosu Longbottoma i dobrze ukryte poruszenie w gestach. Nie chcąc jednak poświęcać im więcej czasu, powróciła do misternego procesu przywracania się do relatywnego porządku.
- Dzięki za pomoc Niemowo. - Odebrała od czarodzieja mimowolnie wciśnięte mu klamoty i rozpoczęła mozolny proces wkładania ich ponownie w odpowiednie zakamarki sukni. Nie chcąc pozostawać bez zajęcia, sama chwilowo opuściła ich krąg rozmów, mało eleganckimi krokami kierując się do baru, a wracając już z trunkiem w ręce, zagaiła jeszcze Stewarda.
- Patrick, dobrze cię widzieć. W wolnej chwili i być może innych okolicznościach będziemy musieli porozmawiać. - Przywitała Stewarda dyskretnym kiwnięciem głowy, wraz z niewypowiedzianym tematem Zakonu, oraz jego bieżących spraw. Nie mieli jednak czasu na to dzisiaj, nie kiedy oczekiwano od nich wszystkich wyśmienitej zabawy i towarzyskich pogadanek o niczym.
- Dlaczego ludzie mieliby umierać na mój widok? - Wymamrotała połowicznie w stronę Brenny, ale też Alastora, na którego na szczęście nie musiała patrzeć, by widzieć jego niezręczną postać. Czuła się potwornie nie na miejscu, kuśtykając ledwo co parę kroków, a w chwilach przerwy cały czas dmuchając w opadające na czoło włosy. Zdecydowała się jednak spojrzeć w stronę brata, posyłając mu uniesioną w zapytaniu brew, na widok jego dziwniejszej niż zwykle reakcji w stosunku do Figgówny. - Zachowuj się pajacu, to moja nowa… Koleżanka. - Dodała nieśmiało i szybko, byleby tylko uniknąć przykrej ewentualności, gdyby tamta odmówiła ich nowej znajomości. Nie umiała poznawać ludzi, chyba że w otoczeniu sali przesłuchań, ale z Norą było inaczej. Może to rodzinne problemy z poszukiwaniem akceptacji ojca i zastępowaniu roli matki przypadkowymi przyjaciółkami, może coś równie poważnego, nad czym Ida nie miała czasu myśleć, ale czuła w stosunku do tamtej sympatię. Jakby ich znajomość w jakiś sposób oddziaływała na przyszłość czarownicy, jednak żadna potencjalna wizja tego nie potwierdzała. Pozostawało przekonać się o tym na własnej, wyjątkowo odsłoniętej i oblatującej gęsią skórką skórze. Najwyraźniej miał w tym pomóc nieznajomy przyjaciel Longbottom, który na jej powitanie odpowiedział najpierw boleśnie długimi sekundami ciszy, a następnie zdecydował zrobić z jej ręki motoryczny odpowiednik Złotego Znicza, potrząsając nią boleśnie.
- To jest chyba ten pierwszy co będzie potrzebował ratownika magimedycznego. - Wyciągnęła praktycznie siłą swoją dłoń z uścisku, mówiąc równocześnie i do mężczyzny, jak i Brenny. Ułożywszy usta w prostą linię, poczęła bez grosza gracji poprawiać ułożenie długich fal tkaniny.
- Cholera, nie da się tak. Cho no tu na chwilę i potrzymaj mi to. - Wyciągnęła najpierw ze stanika odznakę aurorską, następnie paczkę papierosów z drugiej strony dekoltu, różdżkę uczepioną w zawiązce włożyła w zęby, a wreszcie spod tkaniny udrapowanej uniosła niebezpiecznie wysoko wcięcie w boku sukni, by wydobyć zapalniczkę. Całość pakunku wcisnęła w ramiona nieznajomego, wreszcie mając swobodę ruchów w dostosowaniu ułożenia bożal się Merlinowi kreacji. Cała scena może dotrwałaby i do szybkiego końca, gdyby nie fakt, że pośród morza ciał ujrzała to jedno, które rozpoznałaby prawie wszędzie.
- Ostatni raz jak spławdzałam, ty tu jestesz od płacenia, a ja od bycia biedną. I piwło moges wsadzić tam, gdzie plecy trasa swoją szlacheptną nazwę, dzisiaj tylko cieżpkie alkohołe, bo dołże do tego, żebły nic z tego wieczoru nie pamiętłać. - Wybełkotała do Erika przez trzymaną w ustach różdżkę, wzrokiem nieświadomie wiodąc za blondwłosą. Mimowolnie omiotła wzrokiem całą ją sylwetkę, aby wreszcie zatrzymać się na dłoni Eden splecionej z tą należącą do jej męża, wcale nie tak dyskretnie. Oczywiście, że tak. Dopiero teraz zaczerwieniła się niczym gustowna zasłona jednego z obszernych okien sali, momentalnie żałując swojej nieokrzesanej ciekawości. Zresztą czego innego mogła się spodziewać. W milczeniu przyglądała się krótkiej wymianie zdań między Malfoyami, a Erikiem i Brenną, notując w umyśle zaskakująco ciepły ton głosu Longbottoma i dobrze ukryte poruszenie w gestach. Nie chcąc jednak poświęcać im więcej czasu, powróciła do misternego procesu przywracania się do relatywnego porządku.
- Dzięki za pomoc Niemowo. - Odebrała od czarodzieja mimowolnie wciśnięte mu klamoty i rozpoczęła mozolny proces wkładania ich ponownie w odpowiednie zakamarki sukni. Nie chcąc pozostawać bez zajęcia, sama chwilowo opuściła ich krąg rozmów, mało eleganckimi krokami kierując się do baru, a wracając już z trunkiem w ręce, zagaiła jeszcze Stewarda.
- Patrick, dobrze cię widzieć. W wolnej chwili i być może innych okolicznościach będziemy musieli porozmawiać. - Przywitała Stewarda dyskretnym kiwnięciem głowy, wraz z niewypowiedzianym tematem Zakonu, oraz jego bieżących spraw. Nie mieli jednak czasu na to dzisiaj, nie kiedy oczekiwano od nich wszystkich wyśmienitej zabawy i towarzyskich pogadanek o niczym.
give me a bitter glory.