21.08.2023, 19:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2023, 19:28 przez Norvel Twonk.)
Samuel skrzywił się na uwagę o tym, że nie znał się na kobietach. Był dość podobny do Anthony’ego fizycznie, ale pozostawał przy tym bardzo zamknięty w sobie i miał raczej cyniczne podejście do życia. No i rzeczywiście, nieszczególnie sobie radził z kobietami.
- Moim zdaniem Marianne jest… osobliwa – powiedział powoli, próbując jak najłagodniej określić Fawleyównę. – Wiesz, jakbyśmy mieli więcej pieniędzy to moglibyśmy… moglibyśmy otworzyć nawet kilka piekarni. – I tak, najwidoczniej całym sercem stał po stronie Thomsona i podobnie jak on myślał o uszczknięciu odrobiny złota, które mogły znajdować się w ładowni Perły morza.
Mężczyźni podeszli do drzwi kajuty Marianne. Samuel posłał bratu kolejne sceptyczne spojrzenie. Uniósł rękę, jakby z zamiarem zastukania, ale wreszcie tego nie zrobił. Zamiast tego po prostu dał im znać, by na chwilę ucichli.
Spodziewał się chyba, że z kajuty będą dochodziły odgłosy szlochu i łkania, ale nic takiego nie miało miejsca. Było cicho. Nie licząc odgłosów, które wydawali sami i tych, które wydawał kręcący się w pobliżu Stanley, korytarz tonął w ciszy. To samo w sobie nie było jakieś szczególnie podejrzane, o tej porze większość pasażerów albo jadła podwieczorek, albo spacerowała po górnym pokładzie. Właśnie dlatego to była dobra pora na zapoznawanie się ze statkiem, „przypadkowe” zabłądzenie i trafienie akurat do miejsca, gdzie czekało złoto. Ale jednak Marianne chyba powinna płakać. Kiedy James oświadczył się Aveliną podczas obiadu, wybiegła zapłakana z restauracji.
Światło zamigotało. Trzy razy krótko. Trzy razy dłużej. Znowu trzy razy krótko.
Samuel westchnął, nijak nie reagując na to, że przez kilka chwil to niknęli w ciemnościach, to znowu się z nich wyłaniali. Patrzył tempo w brązowe drzwi ze złotym numerem.
- Może jednak jej nie ma w środku? – zaryzykował. – Albo może zasnęła i nie warto jej niepokoić?
Stojący nieco dalej od pozostałych Stanley usłyszał jak gdzieś dalej w korytarzu otworzyły się drzwi. Słyszał zbliżające się, damskie kroki.
- Moim zdaniem Marianne jest… osobliwa – powiedział powoli, próbując jak najłagodniej określić Fawleyównę. – Wiesz, jakbyśmy mieli więcej pieniędzy to moglibyśmy… moglibyśmy otworzyć nawet kilka piekarni. – I tak, najwidoczniej całym sercem stał po stronie Thomsona i podobnie jak on myślał o uszczknięciu odrobiny złota, które mogły znajdować się w ładowni Perły morza.
Mężczyźni podeszli do drzwi kajuty Marianne. Samuel posłał bratu kolejne sceptyczne spojrzenie. Uniósł rękę, jakby z zamiarem zastukania, ale wreszcie tego nie zrobił. Zamiast tego po prostu dał im znać, by na chwilę ucichli.
Spodziewał się chyba, że z kajuty będą dochodziły odgłosy szlochu i łkania, ale nic takiego nie miało miejsca. Było cicho. Nie licząc odgłosów, które wydawali sami i tych, które wydawał kręcący się w pobliżu Stanley, korytarz tonął w ciszy. To samo w sobie nie było jakieś szczególnie podejrzane, o tej porze większość pasażerów albo jadła podwieczorek, albo spacerowała po górnym pokładzie. Właśnie dlatego to była dobra pora na zapoznawanie się ze statkiem, „przypadkowe” zabłądzenie i trafienie akurat do miejsca, gdzie czekało złoto. Ale jednak Marianne chyba powinna płakać. Kiedy James oświadczył się Aveliną podczas obiadu, wybiegła zapłakana z restauracji.
Światło zamigotało. Trzy razy krótko. Trzy razy dłużej. Znowu trzy razy krótko.
Samuel westchnął, nijak nie reagując na to, że przez kilka chwil to niknęli w ciemnościach, to znowu się z nich wyłaniali. Patrzył tempo w brązowe drzwi ze złotym numerem.
- Może jednak jej nie ma w środku? – zaryzykował. – Albo może zasnęła i nie warto jej niepokoić?
Stojący nieco dalej od pozostałych Stanley usłyszał jak gdzieś dalej w korytarzu otworzyły się drzwi. Słyszał zbliżające się, damskie kroki.
Tura trwa do 25.08.2023, do godziny 19.00.