21.08.2023, 22:41 ✶
- Tylko jej fragment – powiedziała Brenna obronnym tonem. Mały kawałeczek, bo i więcej nie dałaby rady, akurat w sam raz, aby uparta nastolatka mogła się przez niego przecisnąć. Chociaż po prawdzie nie musiała, bo huk oczywiście zwabił natychmiast skrzatkę oraz mamę i otworzono jej drzwi. Wyszła stamtąd umorusana, z pyłem na włosach i zażądała, aby natychmiast dać jej coś do jedzenia – bo uwięziona w piwnicy przez dwie godziny, przegapiła kolację. – Babranie się w ziemi. Hm, rzadko babram się w ziemi, za to często wpadam do dołów. Jeżeli jest tu jakaś dziura albo pułapka, to prawdopodobnie w nią wpadnę. Lojalnie uprzedzam – poinformowała Brenna. Brzmiało to jak żart. Ale żartem było jedynie po części.
Bo Brenna dość często wpadała do takich dołów, a w kolejnych miesiącach – czego nie była jeszcze świadoma – czekało ją przynajmniej kilka tego typu przypadków.
– Genialnie w swojej prostocie. Ale mam inny pomysł, podaruj takiej sałatę, a w środku schowaj coś srebrnego. Wtedy oprawa jest wyjątkowa, a na srebro nie będzie narzekać nawet taka, której nie spodobają się warzywa – zaproponowała Brenna lekkim tonem. To już jednak prawdopodobnie był żart. Ostatecznie nie była aż tak naiwna, aby nie zdawać sobie sprawy z tego, że kobiety chciały być obsypywane różami, nie warzywami. Chociaż popularności róż nie do końca pojmowała: kwiaty były ładne, owszem, ale te róże zdawały się jej nazbyt wszechobecne, a w dodatku nawet nie pachniały szczególnie ładnie.
Przymknęła oczy, kiedy Kayden powiedział, że reszta jest w domu. Oznaczało to, że artefaktu wywołującego halucynacje… nie zabezpieczono. Poczuła, że nagle zaczyna ją boleć głowa na myśl o tych wszystkich lukach – musiała sprawdzić, kto w Ministerstwie miał to ogarnąć, a potem zabrać na poważną rozmowę w temacie obowiązków służbowych.
– Kayden, nie za bardzo się na tym znam, ale czy przypadkiem… nie grozi nam, że… – zaczęła, ale nie zdążyła zadać pytania. Dźwięk sprawił, że natychmiast sięgnęła po różdżkę, a potem wepchnęła się przed Delecoura, między niego a miejsce, z którego dobiegało dudnienie. Nie chodził o to, że nie wierzyła w jego umiejętności: to był odruch absolutnie bezwarunkowy. Brenna postąpiłaby tak samo, gdyby stało tu dziecko, przypadkowa kobieta czy doskonały czarodziej: póki ktoś nie był w BUM albo aurorach, miał łatkę „cywil”, a cywili należało ochraniać.
Nic jednak nie wyszło spod ziemi. I grunt nie rozstąpił się, ani nie wyłoniły się spod niego żadne ręce. Nic się nie działo. Brenna wpatrywała się w kurhan z podejrzliwą miną, kiedy Kayden zaczął powoli się przemieszczać. A potem uniosła różdżkę i poszła jego śladem.
- Appare vestigium – mruknęła, a z różdżki zaczął sypać się złoty pył, który pokrywał okolicę. Pojawiły się w nim ich własne ślady: trasa, jaką niedawno pokonali. Odciski stóp jeszcze kogoś, kto musiał być tu niedawno i kręcił się w okolicy, w której teraz stali.
A potem zawinął się i zaczął znikać, poczynając od jednego miejsca: tego, z którego dobiegło dudnienie. Może nie człowiek, ale coś tam bez wątpienia było.
– To może być artefakt? – spytała Brenna. Nie miała w końcu pojęcia, co ustaliła ekipa archeologiczna. Może było tu coś jeszcze magicznego…?
Bo Brenna dość często wpadała do takich dołów, a w kolejnych miesiącach – czego nie była jeszcze świadoma – czekało ją przynajmniej kilka tego typu przypadków.
– Genialnie w swojej prostocie. Ale mam inny pomysł, podaruj takiej sałatę, a w środku schowaj coś srebrnego. Wtedy oprawa jest wyjątkowa, a na srebro nie będzie narzekać nawet taka, której nie spodobają się warzywa – zaproponowała Brenna lekkim tonem. To już jednak prawdopodobnie był żart. Ostatecznie nie była aż tak naiwna, aby nie zdawać sobie sprawy z tego, że kobiety chciały być obsypywane różami, nie warzywami. Chociaż popularności róż nie do końca pojmowała: kwiaty były ładne, owszem, ale te róże zdawały się jej nazbyt wszechobecne, a w dodatku nawet nie pachniały szczególnie ładnie.
Przymknęła oczy, kiedy Kayden powiedział, że reszta jest w domu. Oznaczało to, że artefaktu wywołującego halucynacje… nie zabezpieczono. Poczuła, że nagle zaczyna ją boleć głowa na myśl o tych wszystkich lukach – musiała sprawdzić, kto w Ministerstwie miał to ogarnąć, a potem zabrać na poważną rozmowę w temacie obowiązków służbowych.
– Kayden, nie za bardzo się na tym znam, ale czy przypadkiem… nie grozi nam, że… – zaczęła, ale nie zdążyła zadać pytania. Dźwięk sprawił, że natychmiast sięgnęła po różdżkę, a potem wepchnęła się przed Delecoura, między niego a miejsce, z którego dobiegało dudnienie. Nie chodził o to, że nie wierzyła w jego umiejętności: to był odruch absolutnie bezwarunkowy. Brenna postąpiłaby tak samo, gdyby stało tu dziecko, przypadkowa kobieta czy doskonały czarodziej: póki ktoś nie był w BUM albo aurorach, miał łatkę „cywil”, a cywili należało ochraniać.
Nic jednak nie wyszło spod ziemi. I grunt nie rozstąpił się, ani nie wyłoniły się spod niego żadne ręce. Nic się nie działo. Brenna wpatrywała się w kurhan z podejrzliwą miną, kiedy Kayden zaczął powoli się przemieszczać. A potem uniosła różdżkę i poszła jego śladem.
- Appare vestigium – mruknęła, a z różdżki zaczął sypać się złoty pył, który pokrywał okolicę. Pojawiły się w nim ich własne ślady: trasa, jaką niedawno pokonali. Odciski stóp jeszcze kogoś, kto musiał być tu niedawno i kręcił się w okolicy, w której teraz stali.
A potem zawinął się i zaczął znikać, poczynając od jednego miejsca: tego, z którego dobiegło dudnienie. Może nie człowiek, ale coś tam bez wątpienia było.
– To może być artefakt? – spytała Brenna. Nie miała w końcu pojęcia, co ustaliła ekipa archeologiczna. Może było tu coś jeszcze magicznego…?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.