21.08.2023, 23:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2023, 23:42 przez Brenna Longbottom.)
Brenna niezbyt się mu dziwiła, że rozumiał coraz mniej. Sama niewiele z tego rozumiała, a im więcej grzebała w sprawie, im bardziej próbowała ją uporządkować, tym więcej dziwności znajdowała.
- Znam Delecoura, zna się na pieczęciach i runach. Kiedy szukałam jakichś specjalistów, dowiedziałam się, że zajmują się też tym niejaki Xenophilius Lovegood i jeden z Shafiqów. Ale uprzedzam, póki nie wiemy, jaki to rodzaj magii, nie wiem, czy to podziała – podsunęła. Ciężko jej było ocenić, który z nich był najlepszy, tak samo, jak nie mogła zagwarantować powodzenia. Brenna była jednak pod pewnymi względami bardzo prostym człowiekiem: uważała, że trzeba próbować. Stojąc w miejscu i czekając, niczego nie osiągniesz. Próbując przynajmniej potem wiesz, że nie czekałeś z założonymi rękami.
– Zgadza się. Odepchnęłam go zaklęciem i znikł. Rzuciłam się na niego, zwalił się na nas regał i przepadł. A kiedy wreszcie go trafiłam… sen po prostu się rozpadł. Obudziłam się – mruknęła z pewnym zamyśleniem. Brała pod uwagę, że ten mężczyzna urządzał sobie „igrzyska”, ale historie jej i Stanleya były podobne, i wskazywały raczej na to, że wcale nie chciał zostać powstrzymany. Czy w samej naturze jego magii było coś, co sprawiało, że we śnie były dziury, że ktoś mógł się do niego wślizgnąć? A może to śniąca osoba w jakiś sposób mogła wezwać kogoś na pomoc?
Machinalnie kiwnęła głową. Może istniał jakiś punkt wspólny, ale na razie nie umiała go znaleźć. Ona i Nora były w innych miejscach, robiły różne rzeczy. Co postępowanie Victorii mogło mieć wspólnego z rokiem 69? Dane, potrzeba więcej danych, ale więcej danych niosło ze sobą zagrożenie…
– Puściłam ogłoszenie o tym mugolu. Już wcześniej. O tym mężczyźnie ze snów… to już będzie decyzja śledczego – powiedziała.
A potem uśmiechnęła się do Stanleya. Szeroko, promiennie, chociaż do Borgina wbrew swojej naturze uśmiechała się rzadko, a temat pozornie nie sprzyjał żadnym uśmiechom.
– Och, zaufaj mi. Jeżeli można go sprowokować, na pewno to zrobię – przyrzekła. Bo w całej jej bieganinie, krzątaninie, od początku był jeden, dodatkowy cel, poza pomocą w sprawie. Niezależnie od śledztwa, które pewnie będzie prowadzić Biuro Aurorów, bo wątpliwe, aby oni – działając zgodnie z procedurami – zdecydowali się na taką prowokację.
Chciała, żeby ją zaatakował.
Już próbował wziąć ją na cel, wiedziała, jakie są oznaki nadchodzącego ataku i jeżeli pojawiał się osobiście bądź używał widocznej magii, istniała całkiem spora szansa, że zostanie to zauważone, gdy poprosi kogoś, aby obserwował, kiedy zaśnie. Oczywiście, wiedziała, że mógł po prostu wnikać w sny: i że w tym śnie mogła zginąć. Ale on próbował wciąż od nowa i był zagrożeniem. Dla Victorii, dla Nory, dla Mabel. Może dla innych z jej domu – kto wie, czy Brenna nie padła ofiarą przypadkiem, czy jednak nie miał to być ktoś inny?
– Pewnie. Może nigdy tego nie rozwiążemy, ale próbować na pewno warto – przyznała, a uśmiech znikł z jej ust. Potem odepchnęła się od blatu i podniosła, krzesło odstawiła na miejsce. Tak, to był ten szczęśliwy moment, kiedy zostawał uwolniony od jej obecności mógł uspokoić się za pomocą papierosa, dwóch albo dziesięciu. – Dziękuję za informację – rzuciła, bo chociaż nie cierpiała Stanleya organicznie, podziękować potrafiła i nawet nie musiała specjalnie się starać.
- Znam Delecoura, zna się na pieczęciach i runach. Kiedy szukałam jakichś specjalistów, dowiedziałam się, że zajmują się też tym niejaki Xenophilius Lovegood i jeden z Shafiqów. Ale uprzedzam, póki nie wiemy, jaki to rodzaj magii, nie wiem, czy to podziała – podsunęła. Ciężko jej było ocenić, który z nich był najlepszy, tak samo, jak nie mogła zagwarantować powodzenia. Brenna była jednak pod pewnymi względami bardzo prostym człowiekiem: uważała, że trzeba próbować. Stojąc w miejscu i czekając, niczego nie osiągniesz. Próbując przynajmniej potem wiesz, że nie czekałeś z założonymi rękami.
– Zgadza się. Odepchnęłam go zaklęciem i znikł. Rzuciłam się na niego, zwalił się na nas regał i przepadł. A kiedy wreszcie go trafiłam… sen po prostu się rozpadł. Obudziłam się – mruknęła z pewnym zamyśleniem. Brała pod uwagę, że ten mężczyzna urządzał sobie „igrzyska”, ale historie jej i Stanleya były podobne, i wskazywały raczej na to, że wcale nie chciał zostać powstrzymany. Czy w samej naturze jego magii było coś, co sprawiało, że we śnie były dziury, że ktoś mógł się do niego wślizgnąć? A może to śniąca osoba w jakiś sposób mogła wezwać kogoś na pomoc?
Machinalnie kiwnęła głową. Może istniał jakiś punkt wspólny, ale na razie nie umiała go znaleźć. Ona i Nora były w innych miejscach, robiły różne rzeczy. Co postępowanie Victorii mogło mieć wspólnego z rokiem 69? Dane, potrzeba więcej danych, ale więcej danych niosło ze sobą zagrożenie…
– Puściłam ogłoszenie o tym mugolu. Już wcześniej. O tym mężczyźnie ze snów… to już będzie decyzja śledczego – powiedziała.
A potem uśmiechnęła się do Stanleya. Szeroko, promiennie, chociaż do Borgina wbrew swojej naturze uśmiechała się rzadko, a temat pozornie nie sprzyjał żadnym uśmiechom.
– Och, zaufaj mi. Jeżeli można go sprowokować, na pewno to zrobię – przyrzekła. Bo w całej jej bieganinie, krzątaninie, od początku był jeden, dodatkowy cel, poza pomocą w sprawie. Niezależnie od śledztwa, które pewnie będzie prowadzić Biuro Aurorów, bo wątpliwe, aby oni – działając zgodnie z procedurami – zdecydowali się na taką prowokację.
Chciała, żeby ją zaatakował.
Już próbował wziąć ją na cel, wiedziała, jakie są oznaki nadchodzącego ataku i jeżeli pojawiał się osobiście bądź używał widocznej magii, istniała całkiem spora szansa, że zostanie to zauważone, gdy poprosi kogoś, aby obserwował, kiedy zaśnie. Oczywiście, wiedziała, że mógł po prostu wnikać w sny: i że w tym śnie mogła zginąć. Ale on próbował wciąż od nowa i był zagrożeniem. Dla Victorii, dla Nory, dla Mabel. Może dla innych z jej domu – kto wie, czy Brenna nie padła ofiarą przypadkiem, czy jednak nie miał to być ktoś inny?
– Pewnie. Może nigdy tego nie rozwiążemy, ale próbować na pewno warto – przyznała, a uśmiech znikł z jej ust. Potem odepchnęła się od blatu i podniosła, krzesło odstawiła na miejsce. Tak, to był ten szczęśliwy moment, kiedy zostawał uwolniony od jej obecności mógł uspokoić się za pomocą papierosa, dwóch albo dziesięciu. – Dziękuję za informację – rzuciła, bo chociaż nie cierpiała Stanleya organicznie, podziękować potrafiła i nawet nie musiała specjalnie się starać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.