Patrzył jej w oczy, kiedy te się zaszkliły w następstwie jego opryskliwej reakcji i patrzył wciąż tak samo nieustępliwie, kiedy pojedyncza kropla potoczyła się po gładkim policzku kobiety. Ale jej łzy nie robiły na nim żadnego wrażenia. Tutaj nie chodziło nawet o osobę jaka przed nim stała ani o ich wspólną przeszłość wraz z całym ciężarem ich okrutnych kłamstw; po prostu Logan od zawsze gardził przejawami słabości. A płacz w jego odczuciu zaliczał się do ich najgorszej, najbardziej upadlającej kategorii, która nie zasługiwała na współczucie.
Rodzice mu to wpoili swoimi przekonaniami i sposobem, w jaki go wychowywali, aż w końcu ich pogarda dla świata i słabych ludzi stała się jego pogardą. To, czego nienawidził od dziecka stało się tym, kim sam był.
Zmrużył nieznacznie oczy, słysząc jej prostą do bólu odpowiedź. Ale ona już na niego nie patrzyła, zupełnie jakby rozumiała — a może pamiętała — jaki bezmiar wstrętu budziła w nim słabość swoja, ale też innych ludzi. Nie chciała go skrzywdzić, a jednak zrobiła to z premedytacją. Irytacja swędziała pod skórą, brak logiki kłuł w oczy podczas tych nieskładnych wyjaśnień. Miał za nic jej uczucia? W tym stwierdzeniu z pewnością kryła się prawda, tylko Logan aż do dzisiaj nie był świadom, że nawet ona ją już zdążyła odkryć; wtedy wydawała mu się tak słodko, niemal niewinnie naiwna.
Podświadomie powracało do niego wciąż to jedno pytanie, które pozostawało bez odpowiedzi.
Czy gdyby faktycznie Loretta Lestrange straciła dla niego całe znaczenie — czułby teraz taką palącą irytację na jej widok?
— Więc żeby mnie c h r o n i ć — niemal wypluł to słowo, po czym zrobił krótką pauzę, żeby miało czas dosadnie wybrzmieć pomiędzy nimi, żeby Lestrange mogła zrozumieć absurd swojej wypowiedzi — postanowiłaś przestać mi odpowiadać bez choćby jednego krótkiego “spierdalaj”? Co? Tak, świetnie, teraz już wszystko nabrało sensu, Lestrange — wycedził przez zaciśnięte zęby. Logan nie miał całego obrazu wydarzeń z tamtych dni, a akurat te brakujące części układanki mogłyby mu uświadomić, że właśnie ironizuje coś, co w rzeczywistości miało sens. Dla niego słowa Loretty pozostały jednak tylko pustymi, naiwnymi frazesami mogącymi sugerować, że wiele się nie zmieniło przez te kilka lat przynajmniej w niektórych kwestiach. — Ładna mi, kurwa, ochrona.
Akurat wtedy, kiedy nie potrzebował ochrony; kiedy być może po prostu potrzebował jej.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że zaciska palce trochę zbyt mocno na jej ramionach. Że są w miejscu publicznym, na pełnej świadków ulicy. I chociaż nie musiał przejmować się nazwiskiem, z pewnością nie chciał mieć na karku jakichś nadgorliwych stróżów prawa. Dlatego z ociąganiem puścił Lorettę.
— Czyny dowodzą kim się jest, a słowa udowadniają tylko to, kim ktoś udaje, że jest — prychnął, wspinając się na szczyty swoich filozoficznych umiejętności, po czym szarpnięciem wygładził materiał zmiętej przez kobietę szaty wierzchniej.
Ta prosta prawda odnosiła się do najważniejszej dziedziny jego obecnego życia, jednej z największych decyzji, które podjął na przestrzeni ostatnich lat.
just wanna bury them