Zanotował. Trzy nazwiska, trzy osoby, trzy szanse. Trzeba będzie ich poszukać Pomyślał, zginając raport z informacjami aby schować go do kieszeni munduru - Jasne. Rozumiem. Ale lepiej mieć cokolwiek, jakieś propozycje niż pustą głowę - zapewnił. To już dawało jakieś pole do manewru. Nawet jeżeli żaden z nich miał nie pomóc, można było zastosować efekt 'placebo', nie mówiąc drugiej osobie, że to może do końca nie działać. Ot, takie kłamstewko w dobrej wierze.
Pokiwał głową na zgodę w zrozumieniu, że nie tylko jemu nie udało się go złapać ani nawet zrobić nic więcej pomimo szczerych chęci w tamtym momencie. Może tak naprawdę to ten jegomość nie bawił się w kotka i myszkę z drugim podejrzanym, a Ministerstwem Magii? Albo urządzili sobie jakiś nieśmieszny żart? Im dłużej o tym myślał, tym więcej pomysłów mu do głowy przychodziło, chociaż zdawał sobie sprawę, że najpewniej żaden z nich nie będzie trafny. Z drugiej strony co osoba to kolejne dziesiątki czy setki wizji odnośnie motywu tej dwójki.
Wzywanie pomocy przez ofiarę było bardzo dobrym punktem zaczepnym do całej sprawy. Tylko czym się sugerował umysł atakowanego w tym momencie, że przyzywał akurat daną osobę, niczym do jakiegoś przestępstwa? I zresztą jak to robił, że z takiego ogromu osób, akurat ta jedna wiedziała, że to jest jej czas. To wszystko wyglądało jak jakaś hardkorowa wersja magicznych szachów, w których nie wszystkie zasady rozgrywki są znane, a reguła za regułą jest wyjawiana co kilka tur.
No tak, to będzie jego decyzja za jakieś pół roku przy dobrych wiatrach... Pomyślał, zdając sobie sprawę jak niepokojące było to, że zaczęło mu zależeć na rozwiązaniu tej sprawy. Co gorsze, musiał przyznać, że to właśnie przez... Brenne. Stanley przeważnie podchodził z pewną dozą nie zaangażowania w sprawy, które go nie dotyczyły, a ta przecież taką była. Nikt mu jej nie przypisał. Nikt nie przyniósł teczki z dokumentami, mówiąc - "Borgin, zajmij się tym". A jednak teraz coś przeskoczyło, jakiś jeden trybik się przełączył i zmienił jego postrzeganie na ten dziwne wydarzenia.
- W to akurat nie wątpię i jestem jak najbardziej skłonny w to uwierzyć. Nie musisz mnie nawet specjalnie do tego przekonywać - zapewnił ją. Kto jak kto ale Longbottom nie rzucała słów na wiatr. Z tego wszystkiego zaczął niepokoić go fakt, że potrafił bez zająknięcia się z nią zgodzić.
W jej uśmiechu było coś... Niepokojącego? Jakby cieszyła się, że będzie mogła go złapać, narażając przy tym swoje zdrowie czy życie. Czy z drugiej strony to było, aż tak dziwne patrząc na to z kim teraz rozmawiał? Może trochę. Nie znał chyba nikogo kto mógłby się tak cieszyć na myśl, że może stać mu się krzywda.
- Prawda - zgodził się. Kiedy zobaczył jak detektyw się podnosi, wiedział, że czas się zbliża. Puknął palcami w opakowanie papierosów, chowając je po chwili go kieszeni munduru i również wstał. Przez krótki moment przyglądał się jak przysuwa krzesło, aż odchrząknął aby te słowa mogły mu przejść przez gardło - Brenno, dziękuję - rzekł szczerze, bez zbędnej sztuczności, pozwalając sobie unieść lekko kącik ust. Nie czekał jednak ani chwili dłużej - zerwał się do biegu w kierunku wieszaka gdzie wisiał jego płaszcz. Miał bardzo ważną sprawę teraz do zbadania, sprawę nie cierpiąca zwłoki. Raporty mogły poczekać, bezpieczeństwo Avery nie.
Ubrał szybko odzienie wierzchnie, wpadając przy okazji na innego z funkcjonariuszy - Przepraszam - odparł szybko i po chwili zniknął za drzwiami, zostawiając biurko w takim stanie w jakim było kiedy Longbottom złożyła mu wizytę.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972