Podobno smutna prawda jest taka, że w istocie życie człowieka składa się z kompleksu nieubłaganych przeciwieństw takich jak dzień i noc, narodziny i śmierć, szczęście i nieszczęście, dobro i zło. Nie wiemy na pewno, czy jedno zwycięży nad drugim, czy dobro przemoże zło albo radość pokona ból. Życie jest polem bitwy. Zawsze nim było i będzie. W przeciwnym razie istnienie osiągnęłoby kres. Tylko podobno, bo Laurent mimo upływu lat bardzo chciał trzymać się myśli, że jednak jest inaczej. Że to życie ma szansę na jakąś utopijną wartość. Nawet jeśli z biegiem tych lat było to coraz bardziej zamknięte w jego sercu. Wydawało mu się, że sam przestaje lśnić, tak jak przestawały lśnić w jego oczach nadzieję na to, że w tym świecie zabraknie bólu i przemocy. Nie było to możliwe. Nie przy tym, jak Czarny Pan zbierał swoje żniwo.
Było coś absurdalnie ironicznego w oczach Laurenta w tej chwili, kiedy pojawił się na statku i spojrzał na eleganckich dżentelmenów i jeszcze bardziej eleganckie panie i panny, które swoimi kreacjami próbowały zdjąć sławę samej Sol, by same mogły stać się promieniami zachwycającymi i ogrzewającymi męskie serca. Ironicznego, bo dobrze pamiętał jak pojawił się na balu po tym, gdy Czarny Pan ogłosił się tym, kim był dzisiaj. Wtedy zagrożenie wydawało się nadal odległe, a mimo to doskonale potrafił wyłowić dotyk napięcia prześlizgujący się po skórze spowodowany odważną deklaracją. Deklaracją wydającą części świata wojnę. Choć może ten lunatyk sądził, że przysporzy mu to tylko odbiór pozytywny. Dziś mijał ponad miesiąc od Beltane, w którym diabeł pokazał swoje kolory. Napięcia nie czuł wcale. Nie to, że nie czuł go na sobie samym - nie czuł go na czarodziejach wokół. Zastanawiał się przez długi czas, czy nie darować sobie tej uroczystości Crouchów. I mimo tego, jak chętnie pojawiał się na takich przyjęciach to tym razem właściwie musiał się zmusić do tego, żeby z bezpiecznej przystani własnego domu wyjść. Chociażby dlatego, że wiedział, że będzie jego siostra. Nazwisko, bogactwo i rozpoznawalność otwierały drzwi na niemal wszystkie przyjęcia. Nie to, że Laurent się usilnie gdzieś wpraszał. Gdyby nie to, że przyjęcie miało charakter nieco bardziej otwarty to na pewno by sobie darował. Powitała go morska bryza i pojedyncze promienie słońca zza chmur, co było akurat bardzo miłe.
Towarzystwo było ewidentnie jeszcze dalekie od rozhulania się na tej imprezie, znaczy się, że nie przyszedł aż tak modnie spóźniony, jak sądził. Nie żeby popierał spóźnienia. Przyjęcia tego typu nigdy jednak nie były tak zobowiązujące, żeby nie można było przyjść później. Czasami tylko gorzej się patrzyło na przedwczesne wychodzenie.
- Dzień dobry, panno Wood. Mam nadzieję, że nie planuje panienka kraść sceny słońcu, ale olśniewa panienka bardziej niż ono. - Uśmiechnął się łagodnie do @Heather Wood i skinął głową uprzejmie w geście pozdrowienia do jej towarzysza, @Cameron Lupin. Rozejrzał się po osobistościach, dostrzegając sporo śmietanki towarzyskiej. Twarze znajome, nawet jeśli nie wszystkich znał bezpośrednio. - Mam nadzieję, że będziemy mieli okazję porozmawiać w trakcie rejsu. A teraz przepraszam najmocniej. Wypada mi znaleźć gospodarza. - I się z nim przywitać i wymówić wszystkie te grzeczności. Było to ledwo pozdrowienie, bo blondyn przesunął się dalej, szukając głównie swojej siostry, by dać jej znać, że tutaj jest. Oczywiście, że przyszła tu w imieniu ich rodziców. Bo przecież... kto, jak nie ona. Kto, jak nie ona...
Statek wyglądał wspaniale. Tchnął w niego nostalgią i tęsknotą za morzem. Chciał nim wypłynąć, by móc zanurzyć się w morskich głębinach na otwartej przestrzeni, gdzie już nawet nie byłoby widać lądu.