22.08.2023, 14:29 ✶
Madame Fontaine. Dante.
Okaże się, czy zdołają zdobyć nieco informacji. Po cichu, na tyle, by nie grzebać zbyt głęboko – nie zwracać nadmiernej uwagi na Laurenta. Chciałaby, bardzo chciała pójść z tym do właściwych władz, ale w tej chwili nie była pewna, czy to najlepsze wyjście. Nie tylko z uwagi na reputację rodziny. Miała ponure przeczucie, że Laurent mógłby wtedy zniknąć w tajemniczych okolicznościach.
- Nie powiem – stwierdziła, ale po tej wypowiedzi niemal natychmiast nastąpił ciąg dalszy. – Na razie – podkreśliła. – Bo jeżeli to się powtórzy albo spróbują cię w coś wciągnąć, sam powinieneś jej powiedzieć.
Nie było sensu póki co kogoś martwić albo rozpętywać wojny grupy przestępczej i rodu, który niekiedy nie grał zgodnie z zasadami. Najpierw należało wybadać sytuację. A Pandora bywała w gorącej wodzie kąpana, jeżeli szło o jej małego braciszka.
Jeśli chcieli tylko zwrotu skradzionych pieniędzy, to mogli je zwrócić. New Forest zarabiało dobrze, ojciec Laurenta może i niechętnie, ale prawdopodobnie udzieliłby pożyczki synowi, ona sama mogła wziąć kilka prywatnych zleceń na klątwołamanie – byle zapewnić sobie spokój. Ale na jakichkolwiek „przysługach” czy „zleceniach” Florence stawiała kreskę. I tym razem obiecała sobie, że będzie na to zwracać uwagę. Choćby miała regularnie obserwować Laurenta tylko po to, by szukać w jego przyszłości tego typu spraw.
Nie mógł wplątać się w to po raz drugi. To mogło skończyć się tylko jego śmiercią lub zniszczeniem, a gdyby podjął znowu te same decyzje, to chyba nawet Florence już nie zdołałaby mu wybaczyć. Ale tak, teraz to robiła. Powód był prosty, wręcz banalny. Bulstrode nie wybaczała błędów swoim stażystom. Nie dawała do nich prawa innym pracownikom szpitala i brak zgłoszeń zużytych eliksirów albo spóźnienie na dyżur sprawiały, że patrzyła na nich z dezaprobatą. Niejeden pacjent nazwał ją jędzą, kiedy radośnie oznajmiała mu, że właśnie pozbył się kości w swojej ręce i właściwie to jego wina, bo pchał je nie tam, gdzie potrzeba. Bywała chłodna albo objawiała nagle czarny humor, oznajmiając na przykład, że Voldemort chociaż był na tyle miły, by od razu oświadczyć światu, że jest potworem, zamiast udawać jak Grindewald. A wobec całej masy obcych trzymała pewien dystans.
Ale Orionowi, Atreusowi, Patrickowi, Pandorze czy Laurentowi, mogła wybaczyć wiele. Może nawet zbyt wiele.
Bo po prostu ich kochała.
Tak, powiedziała mu jasno, co o tym myśli. Że postąpił głupio. Nie podobało się jej to ani trochę. Gdyby nie dostrzegała, że sam zauważył głupotę tego postępowania, byłaby na pewno ostrzejsza i zmyła mu głowę. Tym razem jednak Laurent widział, gdzie popełnił błędy… albo naprawdę doskonale udawał: na tyle, że zdołał oszukać nawet ją.
I miała przeczucie, graniczące z pewnością, że gdyby go potępiła, na pewno nie poprosiłby o pomoc, gdyby te cienie z przeszłości znów wyciągnęły ku niemu dłonie. A z pewnymi rzeczami człowiek nie mógł poradzić sobie sam.
– Chcesz, żebym dziś została? – zapytała jeszcze po prostu, cofając się nieco.
Okaże się, czy zdołają zdobyć nieco informacji. Po cichu, na tyle, by nie grzebać zbyt głęboko – nie zwracać nadmiernej uwagi na Laurenta. Chciałaby, bardzo chciała pójść z tym do właściwych władz, ale w tej chwili nie była pewna, czy to najlepsze wyjście. Nie tylko z uwagi na reputację rodziny. Miała ponure przeczucie, że Laurent mógłby wtedy zniknąć w tajemniczych okolicznościach.
- Nie powiem – stwierdziła, ale po tej wypowiedzi niemal natychmiast nastąpił ciąg dalszy. – Na razie – podkreśliła. – Bo jeżeli to się powtórzy albo spróbują cię w coś wciągnąć, sam powinieneś jej powiedzieć.
Nie było sensu póki co kogoś martwić albo rozpętywać wojny grupy przestępczej i rodu, który niekiedy nie grał zgodnie z zasadami. Najpierw należało wybadać sytuację. A Pandora bywała w gorącej wodzie kąpana, jeżeli szło o jej małego braciszka.
Jeśli chcieli tylko zwrotu skradzionych pieniędzy, to mogli je zwrócić. New Forest zarabiało dobrze, ojciec Laurenta może i niechętnie, ale prawdopodobnie udzieliłby pożyczki synowi, ona sama mogła wziąć kilka prywatnych zleceń na klątwołamanie – byle zapewnić sobie spokój. Ale na jakichkolwiek „przysługach” czy „zleceniach” Florence stawiała kreskę. I tym razem obiecała sobie, że będzie na to zwracać uwagę. Choćby miała regularnie obserwować Laurenta tylko po to, by szukać w jego przyszłości tego typu spraw.
Nie mógł wplątać się w to po raz drugi. To mogło skończyć się tylko jego śmiercią lub zniszczeniem, a gdyby podjął znowu te same decyzje, to chyba nawet Florence już nie zdołałaby mu wybaczyć. Ale tak, teraz to robiła. Powód był prosty, wręcz banalny. Bulstrode nie wybaczała błędów swoim stażystom. Nie dawała do nich prawa innym pracownikom szpitala i brak zgłoszeń zużytych eliksirów albo spóźnienie na dyżur sprawiały, że patrzyła na nich z dezaprobatą. Niejeden pacjent nazwał ją jędzą, kiedy radośnie oznajmiała mu, że właśnie pozbył się kości w swojej ręce i właściwie to jego wina, bo pchał je nie tam, gdzie potrzeba. Bywała chłodna albo objawiała nagle czarny humor, oznajmiając na przykład, że Voldemort chociaż był na tyle miły, by od razu oświadczyć światu, że jest potworem, zamiast udawać jak Grindewald. A wobec całej masy obcych trzymała pewien dystans.
Ale Orionowi, Atreusowi, Patrickowi, Pandorze czy Laurentowi, mogła wybaczyć wiele. Może nawet zbyt wiele.
Bo po prostu ich kochała.
Tak, powiedziała mu jasno, co o tym myśli. Że postąpił głupio. Nie podobało się jej to ani trochę. Gdyby nie dostrzegała, że sam zauważył głupotę tego postępowania, byłaby na pewno ostrzejsza i zmyła mu głowę. Tym razem jednak Laurent widział, gdzie popełnił błędy… albo naprawdę doskonale udawał: na tyle, że zdołał oszukać nawet ją.
I miała przeczucie, graniczące z pewnością, że gdyby go potępiła, na pewno nie poprosiłby o pomoc, gdyby te cienie z przeszłości znów wyciągnęły ku niemu dłonie. A z pewnymi rzeczami człowiek nie mógł poradzić sobie sam.
– Chcesz, żebym dziś została? – zapytała jeszcze po prostu, cofając się nieco.