Tak, Pandora była o wiele zbyt protekcyjna. Zbyt? Hm... Tak jak niektórzy ludzie mieli do niego słabość, koloryzowali jego osobę z jakiegoś powodu akceptując wizerunek, który zazwyczaj chciał sprzedawać - wizerunek niewinności - tak Pandora osiągała w tym mistrzostwo świata. I nie to, że starał się ją okłamywać, ale ona czasami po prostu nie przyjmowała do siebie niektórych wiadomości. Gotowa była wierzyć, że kiedy Laurent się pakował w czyjeś objęcia i jej o tym powiedział, to że tak naprawdę ktoś go do tego zmusił, bo na pewno nie mogło być inaczej! Kochał Pandorę, jak zresztą powiedział. Tym nie mniej, z różnych względów, jeśli coś się naprawdę działo złego to nie szedł do niej, nie szedł do ojca ani do Aydayi, tylko właśnie do Florence. Florence zaś potrafiła go "obsługiwać". Każdy człowiek wymagał innego podejścia i tego podejścia dało się nauczyć, jeśli tylko się chciało i miało jeszcze odpowiednie warunki do tego. Niektórym brak było cierpliwości, innym empatii, a jeszcze innym stanowczości. Nie każdy człowiek radził sobie dobrze z każdym. Laurent nie był głupi, żeby nazwać to, co robiła Florence "cackaniem się". Potrafił wykorzystać szansę, która była mu dana i na pewno nie chciał jej marnować. Florence, w jego oczach, rozumiała jego marzycielstwo, akceptowała je i jednocześnie była głosem rozsądku i potrafiła kilkoma zdaniami rozwiać jego zwątpienie i napełnić go energią, żeby działać zgodnie z rozumem.
Duma szczeknął, a jak na wielkiego psa przystało - jego głęboki głos był donośny. Biedne zwierzę nie było w stanie zrozumieć, co się dzieje. Nie rozumiał słów, które płynęły. Tylko instynkt mu podpowiadał, że dzieje się coś złego. I chciał coś na to poradzić, zwrócić na siebie uwagę swojego pana. Nawet jeśli został nauczony, by nie szczekać. Ale miał nie szczekać bez potrzeby, prawda? A teraz była taka potrzeba. Teraz z całą pewnością był odpowiedni czas. Laurent złapał bardzo głęboki oddech w płuca, gdy Florence się odsunęła i
spojrzał na mokrą chustkę, żeby wyciągnąć różdżkę i doprowadzić materiał do porządku. Mimo to nie zamierzał jej oddać. Należało ją najpierw wyprać, dopiero wtedy zwróci ją ciotce. Duma szczeknął znów i zaburczał, podnosząc zad z ziemi, żeby zacząć machać ogonem.
- No już, już... spokojnie. Wszystko dobrze. - Skierował słowa do psa, głaszcząc go uspakajająco po łbie. Chciał powiedzieć Florence, że nie, że nie będzie jej zajmować czasu. Że sobie poradzi, przecież i tak jedyne, na co ma ochotę to sen. I tak przespałby ten dzień, zamknięty w swojej sypialni, pewnie mając co chwila napady płaczu, gdy tylko się przebudzi. Może eliksiry nasenne byłyby tutaj odpowiedzią. Wykasować ten dzień, przewinąć kliszę do dnia następnego. W końcu był dorosły i potrafił poradzić sobie sam oraz zadbać o siebie samego. Tak to brzmiało w jego głowie. Jednak potrzebował jej. I chciał, żeby została - to była druga strona. Za często miewał te problemy rozbieżności między tym, ile chciał zajmować czasu Florence, a ile czuł, że powinien. - Mogłabyś? - Zapytał w końcu, podnosząc na nią wzrok. Oczywiście, że by mogła. W innym wypadku by nie pytała.
To był spokojny dzień. Kiedy już przeminęła jego najbardziej gwałtowna to okazał się całkiem spokojny. Laurent rzeczywiście musiał się położyć, chwilę odespać zmęczenie, żeby potem razem z Florence móc wypić kawę, zejść dobry obiad i przejść się po słonecznej plaży. Żeby mógł ją zabrać do stajni i pokazać młode konie, jeszcze w zasadzie źrebaki, które hasały wesoło po łące, a za nimi ich matki, próbujące zagonić małe niecnoty, żeby nie oddalały się zanadto od stada. I oczywiście Michael - duma Laurenta - abraksan o sierści białej jak śnieg, rumak godny tego, by został uwieczniony na płótnie, pilnujący całej reszty. Ale to nic, to tylko przystankiem. Zabrał ją głębiej do New Forest. To był czas, gdy młode memrotki uczyły się latać. Gdzie maleńkie piszczyskoczki przewracały się do góry grzbietem i skakały jeden przez drugiego, a młody hipogryf testował właśnie swoje skrzydła, patrząc z urazą na swoją matkę, która startowała bez problemu, jakby to ona była winna, że on tak latać nie potrafił. Gdy życie naprawdę rozkwitało i wszystkie młode zaczynały już odważniej biegać, choć matki protekcyjnie chowały je przed światem.
Naprawdę chciał jej to wszystko pokazać. A dzisiaj potrzebował tego jak nigdy wcześniej.