22.08.2023, 18:49 ✶
Sen.
Sny Brenny zwykle nie różniły się jakoś bardzo od tych, jakie miewali inni ludzie – a przynajmniej inni Brygadziści. Najczęściej były to po prostu zlepy obrazów i dźwięków. Czasem koszmary, w których wywlekała z wody martwych ludzi, biegła po Kniei za płaczącym dzieckiem, stała nad grobem wuja i odkrywała, że pojawiły się na nim nazwiska i jego córek… i tak dalej: lista była długa. Rzadko – od kiedy zapanowała nad talentem bardzo rzadko – wspomnienia, związane z jej sypialnią, z jej poprzednim lokatorem, który zmarł, nim ona przyszła na świat.
W tych snach nie wiedziała zwykle, że śni ani nie czuła, że coś jest nie tak. I tym razem też nie miała pojęcia, że to sen, może dlatego, że wszystko było tak strasznie realne – śmiechy, muzyka i głosy rozbrzmiewały w uszach, zapach dymu oraz perfum, każdy szczegół pięknych sukien. Spojrzenia, jakie rzucano zza masek, elementy dekoracji, każdy szczegół zdawał się prawdziwy. Nie, nawet nie przyszło jej do głowy, że to wszystko to sen. Za to stojąc w rogu pomieszczenia, oszołomiona Brenna miała przedziwne poczucie niewłaściwości. Dręczyło ją przeczucie, że coś jest nie tak. Zastanawiała się, dlaczego właściwie tu przyszła – bo to nie tak, że widoki ją szokowały, że nigdy w takich miejscach nie bywała… tyle że bywała w nich zwykle, aby kogoś aresztować.
Pewnie dziś też miała kogoś tutaj dopaść. Taka myśl obijała się po głowie Brygadzistki, problem w tym, że za żadne skarby nie mogła przypomnieć sobie kogo. Czy płonęły tu jakieś kadzidła, które mąciły zmysły? A może ją zaćmiło i sięgnęła po podanego jej drinka, choć tak pilnie unikała alkoholu od ładnych paru lat, co najwyżej grzecznościowo mocząc usta w szampanie albo winie? A w tym drinku było… coś?
Ruszyła w końcu do przodu, bo nie mogła tak po prostu tkwić, w kącie pomieszczenia, niby nieśmiała dziewczynka, która czeka aż wzbudzi czyjeś zainteresowanie. Rozglądała się, szukając znajomych twarzy. Z trudem powstrzymała chęć sięgnięcia po różdżkę: mogłaby tych ludzi sprowokować. Stąpała po popiołach (ich woń tak bardzo przypominał zapach magii i może przez to jej instynkt szalał, krzycząc o niebezpieczeństwie), po rozlanych alkoholach. Chyba musiała stąd wyjść. Znaleźć kogoś z pracy. Bo coś z nią było nie tak, skoro nie wiedziała, co się dzieje.
W momencie, gdy postanowiła ruszyć do drzwi, dostrzegła jednak obrazek, który niósł ze sobą przedziwne wrażenie deja vu. Dwa obrazy, ciemnowłosy mężczyzna duszący blondyna, ciemnowłosy mężczyzna duszący drobną dziewczynę, przez moment zlewały się ze sobą. Nie zrozumiała, jeszcze nie, co dokładnie to oznacza, zbyt pochłonięta przez sen, aby pamiętać wszystko, co działo się na jawie. Mimo to ręka Brenny już sięgała po różdżkę, i znów to było deja vu, bo zrobiła dokładnie to samo…
- Depulso! – zawołała, celując w człowieka, a czar pchnął go w stronę okna. Brenna runęła biegiem w stronę Laurenta, po drodze przeskakując przez stolik.
I nikt nie zareagował, nikt kogo mijała, nikt kto siedział przy stoliku, przez który przeskoczyła, i tylko nie słyszała już śmiechów. Może umilkły. A może zagłosiło je szaleńcze bicie serca, gdy rzucała się ku Prewettowi, aby sprawdzić, czy jest żywy.
Sny Brenny zwykle nie różniły się jakoś bardzo od tych, jakie miewali inni ludzie – a przynajmniej inni Brygadziści. Najczęściej były to po prostu zlepy obrazów i dźwięków. Czasem koszmary, w których wywlekała z wody martwych ludzi, biegła po Kniei za płaczącym dzieckiem, stała nad grobem wuja i odkrywała, że pojawiły się na nim nazwiska i jego córek… i tak dalej: lista była długa. Rzadko – od kiedy zapanowała nad talentem bardzo rzadko – wspomnienia, związane z jej sypialnią, z jej poprzednim lokatorem, który zmarł, nim ona przyszła na świat.
W tych snach nie wiedziała zwykle, że śni ani nie czuła, że coś jest nie tak. I tym razem też nie miała pojęcia, że to sen, może dlatego, że wszystko było tak strasznie realne – śmiechy, muzyka i głosy rozbrzmiewały w uszach, zapach dymu oraz perfum, każdy szczegół pięknych sukien. Spojrzenia, jakie rzucano zza masek, elementy dekoracji, każdy szczegół zdawał się prawdziwy. Nie, nawet nie przyszło jej do głowy, że to wszystko to sen. Za to stojąc w rogu pomieszczenia, oszołomiona Brenna miała przedziwne poczucie niewłaściwości. Dręczyło ją przeczucie, że coś jest nie tak. Zastanawiała się, dlaczego właściwie tu przyszła – bo to nie tak, że widoki ją szokowały, że nigdy w takich miejscach nie bywała… tyle że bywała w nich zwykle, aby kogoś aresztować.
Pewnie dziś też miała kogoś tutaj dopaść. Taka myśl obijała się po głowie Brygadzistki, problem w tym, że za żadne skarby nie mogła przypomnieć sobie kogo. Czy płonęły tu jakieś kadzidła, które mąciły zmysły? A może ją zaćmiło i sięgnęła po podanego jej drinka, choć tak pilnie unikała alkoholu od ładnych paru lat, co najwyżej grzecznościowo mocząc usta w szampanie albo winie? A w tym drinku było… coś?
Ruszyła w końcu do przodu, bo nie mogła tak po prostu tkwić, w kącie pomieszczenia, niby nieśmiała dziewczynka, która czeka aż wzbudzi czyjeś zainteresowanie. Rozglądała się, szukając znajomych twarzy. Z trudem powstrzymała chęć sięgnięcia po różdżkę: mogłaby tych ludzi sprowokować. Stąpała po popiołach (ich woń tak bardzo przypominał zapach magii i może przez to jej instynkt szalał, krzycząc o niebezpieczeństwie), po rozlanych alkoholach. Chyba musiała stąd wyjść. Znaleźć kogoś z pracy. Bo coś z nią było nie tak, skoro nie wiedziała, co się dzieje.
W momencie, gdy postanowiła ruszyć do drzwi, dostrzegła jednak obrazek, który niósł ze sobą przedziwne wrażenie deja vu. Dwa obrazy, ciemnowłosy mężczyzna duszący blondyna, ciemnowłosy mężczyzna duszący drobną dziewczynę, przez moment zlewały się ze sobą. Nie zrozumiała, jeszcze nie, co dokładnie to oznacza, zbyt pochłonięta przez sen, aby pamiętać wszystko, co działo się na jawie. Mimo to ręka Brenny już sięgała po różdżkę, i znów to było deja vu, bo zrobiła dokładnie to samo…
- Depulso! – zawołała, celując w człowieka, a czar pchnął go w stronę okna. Brenna runęła biegiem w stronę Laurenta, po drodze przeskakując przez stolik.
I nikt nie zareagował, nikt kogo mijała, nikt kto siedział przy stoliku, przez który przeskoczyła, i tylko nie słyszała już śmiechów. Może umilkły. A może zagłosiło je szaleńcze bicie serca, gdy rzucała się ku Prewettowi, aby sprawdzić, czy jest żywy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.