Nie było wstydu udawanego, nie było fałszywej skromności. Victoria prezentowała sobą klasę, który posiadał w sobie niezwykły czar. Przez myśl Laurenta przeszło pytanie, ilu mężczyzn (lub kobiet) zdążyło to odkryć i ilu udało się go posmakować. Coś mu podpowiadało, że niewielu. Że Victoria miała zawyżone standardy. Brzmiało trochę jakby dodawał sobie kilka punktów, prawda? Nie. Niekoniecznie. Wysokość standardów była tutaj ledwie wyceną tej klasy i poczucia własnej wartości. Tego, że nie szukasz przygód w każdych ramionach, a raczej szukasz takich ramion, które być może zapewnią ci przygodę. To była bardzo duża różnica, kiedy kogoś poznajesz i dopiero wtedy pojawia się taka iskra. Coś klika. Odpowiednio działa do stopnia, w którym chociaż możesz sobie darować i odpuścić ciąg dalszy tego tango to nie chcesz tego robić. Decyzja o tym, czy zatańczysz, nie pada więc przed wyborem partnera. Pojawia się dopiero kiedy przekonasz się, że macie ten sam rytm. W prostych słowach ludzie to chyba nazywali po prostu szacunkiem do siebie samego. Jednak ile w tym było prawdy - nie był pewien. To były kolejne założenia, to, co mu się wydawało, a takich rzeczy wyciągał z ludzi sporo przy paru zamienionych zdaniach. Ruchy, gesty, intonacje, spojrzenia, dobierane słowa, tworzone między zdaniami przerwy. Było mnóstwo podpowiedzi we wszystkim, żeby się przekonać, z kim ma się do czynienia. Czasem jednak pojawiał się zgrzyt. Błąd poznawczy, zła interpretacja. Albo i nawet zły komunikat - bo czasami chciałeś, żeby coś zabrzmiało zupełnie inaczej, niż brzmiało. Choć rzadko kiedy w grach takich, jak ta - w których każde niemal słowo było odpowiednio dobrane. Przynajmniej były one starannie wybierane przez Laurenta.
- Gdzie więc chciałabyś zostać pocałowana, panienko Lestrange? - Zaszeptał jej do ucha, całkowicie szargając zdrową przestrzenią między nimi. Zdrową, kiedy mówiło się o rozmowy. Całkowicie odpowiednią, kiedy mówiło się o szeptach kochanków. Psotny uśmiech tańczył na ustach Laurenta, odsunął się troochę zaraz, żeby spojrzeć kobiecie w twarz, zajrzeć w jej oczy. Przekonać się, jak bardzo są teraz miękkie, ciepłe i otwarte. Zupełnie inne niż to czujne spojrzenie, którym rzucała z godzinę temu na cały ten parkiet, jaki zostawili za plecami.
- Nie jestem pewien. Być może gdybym ułożył poemat, ale siły w poezji nie próbowałem. Mogłoby wyjść za to całkiem zabawnie. - Nie, chyba nie dało się bardziej, bo Laurent dawał z siebie wszystko. Cokolwiek wyżej byłoby już wychodzeniem z siebie, co nigdy nie wychodziło chyba dobrze, co najwyżej sztucznie, nadmuchanie. A tymczasem starał się, żeby Victoria dostała wszystko, czego pragnie. Na co zasłużyła, czego wyczekiwała. A przynajmniej chciał sprawić, żeby czekała. Nie, nie byli ani dziećmi, którzy muszą oglądać się przez ramię na rodziców ani zobowiązani, żeby dbać o to, co powie partner. Przynajmniej z tego, co o sobie wiedzieli przez brak obrączek można było stwierdzić, że zajęci partnerem, który teraz być może siedział w domu, nie byli. Laurent zaś zupełnie nie przejmował się, co ludzie na ten temat będą mieli do powiedzenia. Chyba tego wieczoru ulotnili się tak gładko, że nawet nikt niczego nie piśnie. Wróbelki też już nie latały, żeby ćwierkać o ich tajemnicach tą późną, zimową porą. To, co powiedział, było filozofią trudno przyswajalną przez większość ludzi. To, że uroda to jedno, ją można stracić. Lecz osobowość? Mądrość? To było coś, co tylko piękniało. Choć i to można było zniszczyć - życie weryfikowało w końcu wielu. - Czuję się uskrzydlony takim faktem. - Tym, że mogła poświęcić mu swoją uwagę i co więcej, jak powiedziała - chciała. Była ciekawa czegoś więcej. Choć Laurent uważał, że bardzo by się zawiodła, gdyby ten czar prysł i gdyby poznała go bliżej. Ale to przecież też nie było teraz istotne, prawda?
Uśmiechnął się do niej tą swoją anielską twarzą, patrząc na nią z bardzo realnym pragnieniem tego, by dotknąć jej ust swoimi. Przesunął drugą dłoń, by ułożyć ją powoli na kibici kobiety i pochylił się znów do jej uszka.
- To przecież bardzo realne. Mój dotyk. Tu... - Delikatnie nacisnął palcami na jej biodro. - ... tu... - Zjechał nią trochę niżej, na jej udo. - ... i tutaj. - Drugą dłoń przesunął po jej boku, pod piersią, na plecy, by musnąć nią odsłoniętą skórę. - Powinienem udowadniać dalej..? - Szeptał anioł. Lub diabeł.
W końcu łatwo było zapomnieć, że Diabeł też był kiedyś Aniołem.