Powietrze. Potrzebował powietrza. Rozchylił usta, chcąc go nabrać, ale silny nacisk wcale nie zmalał na jego szyi. Nie mógł nabrać powietrza. Patrzył wielkimi oczami prosto w oczy swojego kata. Dlaczego? Przecież wiesz, dlaczego. Testament spisany przez Niebo, podpisany ręką Diabła - zostawisz wszystko, co ukradłeś, co zdobyłeś, a czego nie powinieneś mieć. Każdy grzech, każde bluźnierstwo - oto Twój Rachunek Sumienia. Przecież Bóg ostrzegał, czego wystrzegać się powinien człowiek. Owieczki Boże stąpały ścieżką światła, nie kryły się po kątach i nie chodziły po cieniach. Nie udawały, nie kradły i nie łgały. Nie uwodziły, żeby potem zostawić gorzki posmak. Albo i nawet słodki - przecież nie miało to znaczenia. Już żaden zapach nie docierał do jego nosa, kiedy próbował rozpaczliwie złapać powietrze ustami. Jak ryba rzucona przez wędkarza od niechcenia na ziemię, bo nie nadawała się do zabrania do domu. Wrzucać jej do rzeki zaś się wędkarzowi już nie chciało. Okropne były te oczy, w których Rachunek i Testament spisano. Nie fantazjował o śmierci, bo nie chciał umierać, ale zdecydowanie nie to chciał widzieć w swoich ostatnich chwilach. I nie w tym miejscu chciał umierać. Nie tu, to gdzie? No gdzie, panie Prewett! Niedobrze było tu, w miejscu ostemplowanym grzechem twoim, niedobrze było też w ciemnej uliczce Little Hangleton. Więc gdzie? We własnym łóżku? Och, jak bliskie prawdy byłoby to życzenie...
Siła tych palców wręcz gniotła mu gardło. Ręce zaczęły mu słabnąć, choć potrafił powietrze wstrzymać na więcej czasu, niż przeciętny anglik nie mający z pływaniem niczego wspólnego. Kim był? Czy przyszedł jako kat Dantego? A może to była tylko jakaś chora gra, zabawa? Znów dotknął nogami ziemi, przynajmniej częściowo i kiedy już myślał, że to po wszystkim, że zostanie mu po prostu stracić przytomność i opaść tu bez sił - uścisk puścił całkowicie.
Odrzucony zaklęciem mężczyzna wpadł na drugi ze stolików. Siedzące tam osoby nawet nie zareagowały, gdy stół się przewrócił, gdy rozlany został na nich napój, nie zwrócili uwagi, kiedy niedopałki i popiół z fajki posypały się na dywany. Już się nie śmiali. Napastnik zebrał się szybko - o tak, Brenna. Osoba, którą już poznawał. I z którą nie zamierzał wchodzić w szranki. Szarpnął stół, żeby posłać go w kierunku Brenny i zająć jej cenną chwilę na obronę siebie. Albo może przede wszystkim Laurenta, który zsunął się ze stołu niemalże bez życia, łapiąc łapczywie powietrze i krztusząc się nim. Wręcz kuło. Morderca przeskoczył przez kanapę i wypadł na zewnątrz przez drzwi, znikając.
Laurent złapał się palcami Brenny, czując, że znowu łzy, te wyciskane przez strach, czynią jego policzki mokrymi. Znowu? Chyba płakał. Kiedy? Chciał coś powiedzieć do Brenny, ale nie był w stanie, z całych sił starając się złapać jak najwięcej powietrza. Minęło parę chwil, nim jego płuca przestały tak mocno walczyć z jego ciałem.
- Co ty... co ty tu robisz? - Tak jakby to było najważniejsze pytanie na świecie. Ale nie rozumiał. Nie miał pojęcia, co właśnie robił w ramionach Brenny, trzymając się jej kurczowo. Dopiero teraz spojrzał na swoją dłoń, na której perliły się czerwone krople i wyciągnął z niej kawałek szkła trzęsącą się dłonią. - Co ja tutaj robię? - Bo nie chciał tu być. Chciał stąd uciec, przecież już uciekał! Podniósł się, z pomocą Brenny lub sam, spoglądając na znajomą salę. Teraz całkowicie pustą. Odszukał dotykiem rękę Brenny. I chciał powiedzieć, że muszą uciekać, ale... w zasadzie to dokąd? Przez tamte otwarte drzwi, które ziały teraz jak gardziel smoka? Przez te drugie? Jakoś nie widział żadnej nieprawidłowości w tym, że jeszcze przed chwilą miejsce było pełne i głośne, a teraz tylko kieliszek po winie zadzwonił cicho, kończąc swoją drogę na nodze od kanapy.