22.08.2023, 22:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2023, 22:49 przez Brenna Longbottom.)
– Czasem o tym łatwo zapomnieć – westchnęła Elisa. – Czy odpisałaś na zaproszenie pani Slughorn?
– Tak, mamo – mruknęła Brenna, trochę nieuważnie. I wtedy w tłumie mignęła jej znajoma sylwetka.
Ciemnowłosy, krępy mężczyzna, szedł przez tłum. Nie przepychał się, a szedł właśnie, ludzie zdawali się przed nim rozstępować, niczym morze przed Mojżeszem. To jeszcze nie zdziwiło Brenny, ale tym razem jego widok przywołał wspomnienie, wspomnienia.
Mrugnięcie.
Victoria przyparta do ściany, ręce zaciśnięte na jej gardle.
Mrugnięcie.
Duszony Laurent.
Mrugnięcie…
Laurent przepychający się przez trybuny… jego jasna głowa mignęła Brennie w oddali, gdy i on przepychał się przez tłum. Ale ludzie nie umykali mu z drogi, ten i ów zaklął na niego, kiedy próbował przejść obok, jakaś kobieta krzyknęła z oburzeniem, gdy zawartość trzymanej karafki trysnęła prosto na jej sukienkę. Dwóch mężczyzn zastąpiło mu drogę: rozmawiali ze sobą i zdawali się ignorować Laurenta, ścigającego go człowieka, nóż w jego ręku. Morderca o ciemnych włosach zmniejszył odległość i nóż ciął Prewetta głęboko w ramię. Uniósł ostrze, by zadać kolejny cios…
W tej samej chwili Brenna zdołała przedrzeć się pomiędzy ludźmi. Nie używała czarów: w tłumie prawdopodobnie zresztą by nie trafiła. Zamiast tego wpadła na mężczyznę z rozpędu, a nóż wypadł mu z dłoni. Oboje uderzyli o barierki, ale impet uderzenia ich rozdzielił i ciemnowłosy znikł w tłumie.
Brenna obejrzała się na Laurenta, ale…
…wszystko ściemniało.
*
Było ciemno: jedynym źródłem światła stawały się błyskawice, raz za razem przecinające niebo. Co gorsza lał deszcz, utrudniając widoczność. Ubrania Laurenta były już przemoknięte, ciężkie od wody. Bolało go gardło. Bolało go ramię. Przez huki słyszał i morze: ale dziś było wściekłym żywiołem, który wszystko pochłonie. Choć jeszcze nie widział brzegu, znajdował się na klifach, a pod jego stopami ślizgały się kamienie, mokre od deszczu, śliskie, wiedział, że trwa straszliwy sztorm. Sztorm, podczas którego nawet selkie z pewnością chowały się w podmorskich grotach, by fale nie zniosły ich na skały i nie roztrzaskały, bo i magiczna istota mogła ucierpieć podczas takiego szkwału.
I pamiętał.
Pamiętał, że próbowano go udusić.
Pamiętał, jak cięto go nożem.
Nie widział mordercy, ale czuł całym sobą, że on gdzieś tutaj jest, czai się gdzieś w tej ciemności i czeka tylko na okazję. A w tym hałasie, na który składał się huk grzmotów, wściekłość morza, szum deszczu, gdzieś w oddali ktoś wzywał rozpaczliwie jego imię.
– Tak, mamo – mruknęła Brenna, trochę nieuważnie. I wtedy w tłumie mignęła jej znajoma sylwetka.
Ciemnowłosy, krępy mężczyzna, szedł przez tłum. Nie przepychał się, a szedł właśnie, ludzie zdawali się przed nim rozstępować, niczym morze przed Mojżeszem. To jeszcze nie zdziwiło Brenny, ale tym razem jego widok przywołał wspomnienie, wspomnienia.
Mrugnięcie.
Victoria przyparta do ściany, ręce zaciśnięte na jej gardle.
Mrugnięcie.
Duszony Laurent.
Mrugnięcie…
Laurent przepychający się przez trybuny… jego jasna głowa mignęła Brennie w oddali, gdy i on przepychał się przez tłum. Ale ludzie nie umykali mu z drogi, ten i ów zaklął na niego, kiedy próbował przejść obok, jakaś kobieta krzyknęła z oburzeniem, gdy zawartość trzymanej karafki trysnęła prosto na jej sukienkę. Dwóch mężczyzn zastąpiło mu drogę: rozmawiali ze sobą i zdawali się ignorować Laurenta, ścigającego go człowieka, nóż w jego ręku. Morderca o ciemnych włosach zmniejszył odległość i nóż ciął Prewetta głęboko w ramię. Uniósł ostrze, by zadać kolejny cios…
W tej samej chwili Brenna zdołała przedrzeć się pomiędzy ludźmi. Nie używała czarów: w tłumie prawdopodobnie zresztą by nie trafiła. Zamiast tego wpadła na mężczyznę z rozpędu, a nóż wypadł mu z dłoni. Oboje uderzyli o barierki, ale impet uderzenia ich rozdzielił i ciemnowłosy znikł w tłumie.
Brenna obejrzała się na Laurenta, ale…
…wszystko ściemniało.
*
Było ciemno: jedynym źródłem światła stawały się błyskawice, raz za razem przecinające niebo. Co gorsza lał deszcz, utrudniając widoczność. Ubrania Laurenta były już przemoknięte, ciężkie od wody. Bolało go gardło. Bolało go ramię. Przez huki słyszał i morze: ale dziś było wściekłym żywiołem, który wszystko pochłonie. Choć jeszcze nie widział brzegu, znajdował się na klifach, a pod jego stopami ślizgały się kamienie, mokre od deszczu, śliskie, wiedział, że trwa straszliwy sztorm. Sztorm, podczas którego nawet selkie z pewnością chowały się w podmorskich grotach, by fale nie zniosły ich na skały i nie roztrzaskały, bo i magiczna istota mogła ucierpieć podczas takiego szkwału.
I pamiętał.
Pamiętał, że próbowano go udusić.
Pamiętał, jak cięto go nożem.
Nie widział mordercy, ale czuł całym sobą, że on gdzieś tutaj jest, czai się gdzieś w tej ciemności i czeka tylko na okazję. A w tym hałasie, na który składał się huk grzmotów, wściekłość morza, szum deszczu, gdzieś w oddali ktoś wzywał rozpaczliwie jego imię.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.