Wpadł na pierwszego człowieka, potrącając go ramieniem, choć jeszcze przed chwilą dłoń Genevieve puściła go w zasadzie sama. Wyślizgnęły się ich wspólne palce, nie było żadnego oporu, nie było protestu. Kobieta w ogóle nie zareagowała na to, że ją puścił, że ktoś tu szedł. Zachował równowagę od uderzenia. Oburzony mężczyzna zlustrował go spojrzeniem, ale zaraz poszedł dalej, zapominając o sprawie. Miał ważniejsze rzeczy do roboty. Miał zakłady do wygrania. Laurent obejrzał się przez ramię, na Genevieve, chciał do niej krzyknąć, żeby też uciekała. Chciał krzyczeć, żeby wszyscy uciekali. Ale ani ci "wszyscy" nie byli zainteresowani mordercą, ani morderca nie był zainteresowany tymi wszystkimi. Jego oczy, te żarzące się oczy, gorętsze bardziej niż dzisiejsze słońce, widziały tylko jedną osobę. Jego. No ale przecież to się zgadzało! Chociaż jedna osoba z oczami tylko na tobie, ach, no tak powinno być! Jeszcze chwila i będziesz w centrum uwagi, jeszcze tylko kilka chwil i scena będzie tylko twoja. Z jakiegoś powodu nie przynosiło to ulgi i ukojenia.
Odbił się od jakiejś kobiety, która krzyknęła i prawie się przewróciła razem z nim. Nie tracił nawet czasu na przepraszanie. Przechylił się do przodu, odzyskał kontrolę nad błędnikiem i pobiegł dalej. Podobno nie powinien się odwracać. Tak? Nie powinien? Tracił czas, a przecież mógł go zyskać na ucieczkę?
- Pomocy... - Niech ktoś mi pomoże..! - Patrzył na tych ludzi z przerażeniem, którzy tylko z niezadowoleniem rzucali swoje komentarze, zajęci byli przypatrywaniem się koniom, zastanawianiem się, czy jutro też będzie tak gorąco. Spojrzał znów za ramię. Mężczyzna nawet nie biegł. A jednak odległość między nimi tak nieznośnie się zmniejszała. I chyba rzeczywiście nie powinien był się obracać. Wpadł na dwójkę mężczyzn, którzy tego nawet nie zauważyli. Zawisnął na nich, bo ani obok, ani z tyłu - nigdzie nie było przejścia. Mógł skakać po głowach ludzi na ławkach, nawet gotów był się przepychać... ale krzyk wydarł się z jego gardła. Zdarty, okropny krzyk z bólu, kiedy nóż zagłębił się w jego chude, mizerne ciało. Paraliżujące zimno stali było jak żądło wbite w skórę. Ale to nie było wąskie, małe żądełko. To nie było ukąszenie osy. To był kawał stali wbity z rozmachem. Niemal czuł, jak ostrze zgrzyta na kościach. Nogi się pod nim ugięły i tylko dłońmi jeszcze złapał się koszul nie zwracających na niego uwagi mężczyzn. To koniec..? Spojrzał na czerwone od krwi ostrze i na uniesione ramię z załzawionymi oczami. Ono zaraz opadnie. To będzie...
Brenna wpadła w mężczyznę z impetem i poleciała z nim na ludzi. Powiódł za nią wielkimi oczami i wyciągnął do niej rękę...
... która nigdy jej nie dosięgnęła.
Jego ręka przesunęła się po ciemności wichury, jaka objęła w posiadanie świat.
Objął się ramionami, dygocząc ze strachu i z zimna. Jak i kiedy się tutaj znalazł - nie wiedział. To było tak naturalne, jakby był tutaj od... od chwili. Od chwili, kiedy biegł przez ten las, starając się uciec przed szaleńcem, który z jakiegoś powodu chciał go zabić. Trząsł się jak galareta, spoglądając na wzburzone morze, które tak kochał. Ale dziś Matka Woda była gniewna. Dziś nie kochała nawet swoich syrenich cór i synów. Nie, to nie był dzień, w którym jakakolwiek selkie o zdrowych zmysłach zanurzyłaby się w falach.
Zdradliwe kamyczki osunęły się spod jego stóp, kiedy chybocząc się odsunął od urwiska i zrobił parę kroków ku nicości. Błyskawica przecinająca niebo podkreśliła widok na las. Bolała go ręka. Bolała tak mocno, że nie był pewien, czy dałby radę nią cokolwiek złapać.
- Przestań... proszę... przestań... - Nie było takiej możliwości, żeby jego żałosny głosik, wyduszony z trudem i bólem, był słyszalny dla kogokolwiek. Ale może on słyszał. Blondyn nie miał odwagi zrobić kolejnego kroku w przód. Spoglądał po otoczeniu, szukając sylwetki. Czując całym sobą, że jest tutaj na widoku jak łeb jelenia wywieszony nad kominkiem. Piękna zdobycz - wystarczyło dopełnić rytuału. Laurent panicznie wodził spojrzeniem po otoczeniu, ale widział tyle, co nic. Postawił kolejny chybotliwy krok w stronę lasu. I w końcu ruszył do niego biegiem. Na oślep. Bo przecież nie mógł tu czekać, aż łowca sam do niego przyjdzie.