22.08.2023, 22:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2023, 23:11 przez Brenna Longbottom.)
Brenna też biegła.
Potykała się na wilgotnych skałach, raz czy dwa nawet upadła. Rozpaczliwie nawoływała imię Laurenta, bo i ona pamiętała: wszystko. Nie tylko dwa poprzednie sny, ale też sny Victorii, słowa Stanleya, mężczyznę ze strzelbą, który nawiedził ją samą gdzieś na granicy snów i jawy. I wiedziała, że jeżeli nie zdąży, jeżeli się spóźni, Prewett zginie.
Przemieniła się w wilka, bo tak mogła poruszać się szybciej, czuła więcej… ale nie mogła złapać tropu. Może przez tę deszcz, przez wszechobecną wilgoć, może bo to był sen, a może spóźniłaś się już Brenno, znowu się spóźniłaś – tak jak wtedy, gdy duch na rozstaju wspomniał, że gdzieś tam, na północy, umiera dziecko, a gdy Brenna wyskoczyła spomiędzy drzew, zastała tylko kolejnego ducha i dużo krwi.
A potem niebo rozświetliły kolejne błyskawice, cała seria piorunów, raz za razem uderzająca w drzewa w lesie, ku któremu biegł Laurent. Straszliwą noc rozjaśniła łuna pożaru. W jego świetle Prewett zobaczył sylwetkę mężczyzny, który tam na niego czekał – jakby od samego początku wiedział, że właśnie tutaj Laurent skieruje swoje kroki. Albo że świat, wszystko, co ich otacza, popchnie młodzieńca w tę stronę.
Bo przecież to ciemnowłosy był tutaj panem.
Trzymał w ręku różdżkę i błysk czerwieni pofrunął ku Prewettowi. Siła zaklęcia rzuciła go na ziemię.
Tyle że Brenna w blasku ognia też wypatrzyła obie postacie. Z wilczego pyska wydobył się warkot, kiedy rzuciła się na człowieka i zatopiła kły w jego przedramieniu. Niestety lewym. Rzucony czar ją odrzucił na moment, a choć natychmiast znów była na nogach, gotowa do kolejnego skoku – on już biegł do lasu, biegł… wprost w płomienie?
I znikł, jakby nigdy go nie było.
Wilczyca rzuciła się ku Laurentowi, przemieniając w pół ruchu, tak że w jednej chwili widział zwierzę, w drugiej kobietę, która padła na kolana w błoto, tuż przy nim. Brenna chwyciła Laurenta za ramię – to zdrowe, nie naznaczone czerwonym śladem ostrza – i pociągnęła, zmuszając, by usiadł.
- Obudź się! – krzyknęła mu prosto w twarz i bezlitośnie potrząsnęła, niby szmacianą lalką… w panice, bo przecież nie było mowy, aby potrząsanie czy szczypanie wystarczyło, by wybudził się z tego koszmaru. Wszak duszono go, dźgano nożem, rzucano w niego zaklęcia. Ale Brenna też nie myślała jasno, spanikowana, bo widziała czerwień na jego ubraniach i wiedziała, że jeżeli znów ich przerzuci… to może nie zdążyć. Bogowie, mało brakowało, a teraz też by nie zdążyła. I ten człowiek sięgał po wciąż nowe sztuczki, ledwo co wciągnął ją w sen, a tutaj tak ciężko było znaleźć Prewetta… – To sen! Musisz się obudzić, inaczej znowu cię dopadnie!
Potykała się na wilgotnych skałach, raz czy dwa nawet upadła. Rozpaczliwie nawoływała imię Laurenta, bo i ona pamiętała: wszystko. Nie tylko dwa poprzednie sny, ale też sny Victorii, słowa Stanleya, mężczyznę ze strzelbą, który nawiedził ją samą gdzieś na granicy snów i jawy. I wiedziała, że jeżeli nie zdąży, jeżeli się spóźni, Prewett zginie.
Przemieniła się w wilka, bo tak mogła poruszać się szybciej, czuła więcej… ale nie mogła złapać tropu. Może przez tę deszcz, przez wszechobecną wilgoć, może bo to był sen, a może spóźniłaś się już Brenno, znowu się spóźniłaś – tak jak wtedy, gdy duch na rozstaju wspomniał, że gdzieś tam, na północy, umiera dziecko, a gdy Brenna wyskoczyła spomiędzy drzew, zastała tylko kolejnego ducha i dużo krwi.
A potem niebo rozświetliły kolejne błyskawice, cała seria piorunów, raz za razem uderzająca w drzewa w lesie, ku któremu biegł Laurent. Straszliwą noc rozjaśniła łuna pożaru. W jego świetle Prewett zobaczył sylwetkę mężczyzny, który tam na niego czekał – jakby od samego początku wiedział, że właśnie tutaj Laurent skieruje swoje kroki. Albo że świat, wszystko, co ich otacza, popchnie młodzieńca w tę stronę.
Bo przecież to ciemnowłosy był tutaj panem.
Trzymał w ręku różdżkę i błysk czerwieni pofrunął ku Prewettowi. Siła zaklęcia rzuciła go na ziemię.
Tyle że Brenna w blasku ognia też wypatrzyła obie postacie. Z wilczego pyska wydobył się warkot, kiedy rzuciła się na człowieka i zatopiła kły w jego przedramieniu. Niestety lewym. Rzucony czar ją odrzucił na moment, a choć natychmiast znów była na nogach, gotowa do kolejnego skoku – on już biegł do lasu, biegł… wprost w płomienie?
I znikł, jakby nigdy go nie było.
Wilczyca rzuciła się ku Laurentowi, przemieniając w pół ruchu, tak że w jednej chwili widział zwierzę, w drugiej kobietę, która padła na kolana w błoto, tuż przy nim. Brenna chwyciła Laurenta za ramię – to zdrowe, nie naznaczone czerwonym śladem ostrza – i pociągnęła, zmuszając, by usiadł.
- Obudź się! – krzyknęła mu prosto w twarz i bezlitośnie potrząsnęła, niby szmacianą lalką… w panice, bo przecież nie było mowy, aby potrząsanie czy szczypanie wystarczyło, by wybudził się z tego koszmaru. Wszak duszono go, dźgano nożem, rzucano w niego zaklęcia. Ale Brenna też nie myślała jasno, spanikowana, bo widziała czerwień na jego ubraniach i wiedziała, że jeżeli znów ich przerzuci… to może nie zdążyć. Bogowie, mało brakowało, a teraz też by nie zdążyła. I ten człowiek sięgał po wciąż nowe sztuczki, ledwo co wciągnął ją w sen, a tutaj tak ciężko było znaleźć Prewetta… – To sen! Musisz się obudzić, inaczej znowu cię dopadnie!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.