Laurent nie zawsze kończył tak swoje poranki. W zasadzie w sporej części przypadków wyglądały one zupełnie inaczej. Nie był taki sympatyczny i miły dla każdego. Nie każdy też był taki miły i sympatyczny dla niego. Lubił jednak takie chwile jak te. W towarzystwie osób, które prezentowały sobą coś więcej, na które spoglądał z zaintrygowaniem, jakie nie gasło po poznaniu swojego ciała i które sprawiało, że chciało się powtórzyć tę przygodę. Nie dziś, nie jutro. Nie. Za miesiąc, dwa, trzy! Kiedy pojawi się kolejna magiczna chwila, może tym razem letni wieczór przy zachodzie słońca? - gdzie powietrze zaiskrzy i znów ześle kurtynę intymności. Zawsze po nocnych uniesieniach takich jak to był szczęśliwy. Chociaż przez ten jeden poranek albo i nawet przez kilka następnych dni. Rozluźniony, z o wiele czystszą głową, dopóki ktoś (bo to zazwyczaj był ktoś) nie zepsuł mu nastroju dostatecznie mocno, żeby o przeciążyć codziennością marzycielskie uniesienia. I zawsze też stawał się o wiele bardziej otwarty, nie krył swoich emocji, nie chował się za maskami uśmiechów i uprzejmości. Tak jak teraz, gdy patrzył na ten zachód z głęboką admiracją do tego, co widzi. Z wyrazem takim, jakby niemal bolało go to, że nie może wyciągnąć dłoni i dotknąć tego, co przed nim. Och, nie mógłby nawet gdyby zanieść go bliżej tego miejsca. W końcu słońce parzyło. Ulotna chwila, która zaraz się zmieni. I nie chciał jej zatrzymywać. Bo jeśli ją zatrzyma to przestanie być tak piękna i zachwycająca. Tak unikalna.
- W żadnym wypadku przypadkowy. - Oderwał oczy od słońca, uśmiechając się, kiedy spojrzał na Victorię. Założył nogę na nogę. - Moja matka była syreną. - Powiedział bez skrępowania, bo chociaż nie było to coś, co rozpowiadał na prawo i lewo to zorientowani i tak wiedzieli. Selkie miały bardzo specyficzne oczy. A on miał oczy najprawdziwszej selkie. Nie był to więc wielki sekret, a i tak każdy zainteresowany wiedział, że nie jest dzieckiem głowy rodu Prewett i jego żony. I gdyby Victoria wczoraj inaczej śpiewała, gdyby przekazała mu inne wartości, nie byłoby tego zdania. Nie byłoby zresztą tej rozmowy. Bo nawet gdyby nadal poddał się jej urokowi i chciał zasmakować jej ciała to nie chciałby nadal dzielić się z nią myślami, czego sobie zażyczyła, ani jej myśli poznawać. Nie wiedział, czy miałby aż taką słabość do wody jak ma teraz, gdyby nie mocna, buzująca w nim krew. - Ciotka czasami się martwi, że wbiegnę w te fale i już nie wrócę. - Powiedział to psotliwie, żartobliwie. Ale Florence nie martwiła się o to wcale na żarty. I kiedy dopadała ją taka wątpliwość też zazwyczaj nie było się z czego śmiać. - Dzień dobry. Mam nadzieję, że się wyspałaś. Niestety nie znam panny upodobań kulinarnych, ale zapewniam, że mój szef kuchni robi prawdziwe rarytasy. - Podniósł się z łóżka, przesuwając parę razy po wciąż wilgotnych, jasnych włosach. Dopiero teraz machnął różdżką, żeby pozbierać ciuchy z ziemi i ułożyć je na krańcu łóżka. - I choć śniadania do łóżka są absolutnie romantyczne to mało wygodne. - Spojrzał na nią z tą niezmienną wesołością w oczach. - Zachęcam do jego opuszczenia w dogodnym dla siebie czasie. Przygotuję dla ciebie ręcznik w łazience. - Bo jakoś wątpił, że nie chciałaby się odświeżyć i umyć po takiej nocy.