Słyszał wiele komplementów dotyczących oczu. Chyba jego największy atut. Komplement jednak można wypowiedzieć na bardzo wiele sposobów. Tak jak na wiele sposobów można wypowiedzieć czyjeś imię. Sposób, w jaki powiedziała go Victoria i jej dotyk na policzku sprawił, że poczuł dotyk anielskiego puchu na swojej skórze. Przesunął twarz pod wpływem jej dotyku o parę milimetrów, pokazując, że jest to dotyk chciany i miły. Tak jak miłe były jej słowa, jej ton i to, co sobą przekazywała w tym prostym komplemencie. Inność w tym świecie nie zawsze musiała oznaczać to, że byłeś gorszy. Nie liczyło się to, czyja krew płynie w twoich żyłach, liczyło się to, czy była czysta. Czystość zaś miała prosty wyznacznik - czy masz w swoim życiorysie wpisane same nazwiska, które za czystą się uważały, czy może jednak pojawiają się gdzieś tam inne, przypadkowe. A nie daj Bóg mugolskie... Tak przynajmniej mówili dorośli. Bo dzieci? Dzieci były niezwykle okrutnymi kreaturami. Mówiły dokładnie to, co myślały, każdemu, kogo spotkają. Masz zabawne imię, zabawnie wyglądasz? Na pewno zostanie to wypomniane. Jesteś inny, więc nie pasujesz. Laurent uważał, że i tak miał dużo szczęścia w życiu, bo miał krewnych, którzy naprawdę się o niego troszczyli. I znajomych, którzy uważali się chyba za jego rycerzy, a jego mieli za księżniczkę... I chciałoby się powiedzieć, że to całkowicie niepoprawne, ale wtedy Laurent musiałby powiedzieć z pełnym przekonaniem, że mu się to w ogóle nie podoba. Cóż, nie rozumiał tego zjawiska od czasów szkolnych. Nadal pozostawało dla niego tajemnicą, a Brenna była tu najlepszym przykładem.
- Bardzo. - Przyznał wprost. - Jeśli się wsłucham, wręcz słyszę jej szept. Choć... ciężko nazwać to słowami. - I każda woda brzmiała inaczej, ale to przecież nawet ludzkie ucho mogło wychwycić, prawda? Inaczej szumiało morze, a inaczej jezioro. Inaczej brzmiała rzeka, inaczej strumień. Choć był to troszkę inny poziom wsłuchiwania się w te dźwięki. - A ty, Victorio? Lubisz morze? Wzywa cię, czy jesteś obojętna na jego wołanie? - Właściwie to wcale nie był pewien odpowiedzi na to pytanie, bo chociaż miał ją jak dotąd za bardziej przyziemną osobę to biorąc pod uwagę, jak podobały jej się iście artystyczne słówka szeptane do ucha to romantyzmu by jej nie odmówił. Pytanie, gdzie była granica. I czy w ogóle wodę lubiła, bo różnie bywało. Niektórzy najlepiej odnajdywali się w miastach, w ich zgiełku i hałasie. Laurent nie mógłby mieszkać w Londynie, pochorowałby się. Tak... jak pochorowała się jego matka. Tak jak ona, tak on był przyzwyczajony do ciszy i dziczy. Dom Prewettów leżał w końcu daleko od wielkich miast.
- Od czasu do czasu wplotę to między zdania, żeby czuć się bardziej kurtuazyjnym. - Uśmiechnął się z rozbawieniem, bo słowa-klucza "panna" nie powiedział też bardzo na poważnie, zresztą w innym wypadku nie prowadziłby dalszych zdań per "ty". Omyłkowe mieszanie form, niepewność, jak się do siebie zwracać - czasami to był istny koszmarek, kiedy druga strona nie dawała żadnego znaku, że można zejść z konwenansów, a jednak sytuacja to sugerowała. Laurent czasami potrafił się nieźle pogubić w animozjach zachowań i potrzeb drugiego człowieka, kiedy dostawał sprzeczne sygnały. O te wcale nie było trudno. Na szczęście Victoria była bardzo jasna w pokazywaniu jak dotąd, co jej pasuje, a co nie. Wiedziała po prostu, czego chciała i co jej pasowało. - Prawda? - Spojrzał na nią z takim uznaniem, troszkę przemalowanym w formie żartu, na powiedzenie, że to żadna przyjemność. Ach, no jakaś tam przyjemność była... Laurenta by takie śniadanie absolutnie kupiło i rozczuliło. Choć raczej by zarządził, że zje jak człowiek - przy stole. Bo tak jak powiedział - może i romantyczne, ale zupełnie niepraktyczne. A przekleństwem Laurenta było to, że był duszą romantyka zamkniętą w jednym ciele z umysłem chcącym się kierować logiką. - Wyobrażam sobie. Zawód aurora raczej nie łączy się dobrze z ludźmi, którzy lubią spać do południa. - Raczej łączył się dobrze z ludźmi, którzy nie spali w ogóle, ale tego już nie powiedział. Jego gość wydawał się wypoczęty, a to się liczyło.
Laurent sam wykorzystał ten czas, żeby się ubrać w białą koszulę i brązowe spodnie i poczekał, aż kobieta wyjdzie z łazienki, siedząc na narożniku przy rozpalonym kominku z okularami na nosie i dzisiejszą gazetą. Ale kiedy wyszła to odłożył zarówno gazetę jak i okulary na stolik kawowy, żeby zasiąść z nią do przygotowanego stołu. To, że wystygnie nie było żadnym problemem - skrzat o to zadbał, by wszystko pozostawało świeże i czekało na pana domu i jego gościa.
- Jak to z tobą jest, Victorio? Intuicja podpowiada mi, że nie zaliczasz się do grona romantyczek, ale wczorajsze doświadczenia podpowiadają coś innego. - Zagadnął, nalewając kobiecie kawy. Dziś kawy, nie wina. I podsunął jej mleko. Choć patrzył na jej reakcję i miał ciekawość wpasowaną w malowniczy uśmiech na twarzy. Czy znów trafił? Bo może jednak wolała herbatę?