23.08.2023, 16:35 ✶
Tym razem po przebudzeniu Brenna nie była zdezorientowana i nie zastanawiała, czy jest we śnie, czy na jawie, i czy to, co przeszła, było tylko koszmarem, wytworem jej umysłu. Za drugim razem, mając wszystkie informacje, zebrane w ostatnich dniach, wiedziała: obudziła się ze snu, ale napastnik i rany były prawdzie, a Laurent w tym śnie był tak ciężko ranny, że… albo morderca osiągnął swój cel, albo Prewett właśnie umierał.
Nie odczuwała zmęczenia czy niewyspania, bo adrenalina wciąż buzowała w jej żyłach, gdy podrywała się z łóżka i łapała za różdżkę. Pies, który spał przy niej, zaskoczony podniósł łeb, ale Brenna to zignorowała i wypadła na korytarz, by przebiec nim ku schodom. A potem ku kuchni – gdzie rzuciła się do jednej z szafek i zgarnęła kilka eliksirów, które trafiły zaraz do kieszeni wyblakłej, czerwonej bluzy z lwem Gryffindoru, w której chodziła za czasów szkoły, a teraz często służącej jej za górę od piżamy.
Traciła cenne sekundy, ale nie znała magii, którą mogłaby cokolwiek zrobić, aby pomóc Prewettowi. Może od razu powinna budzić Danielle, zdawało się jej jednak, że tej nocy kuzynka ma dyżur.
Brenna minęła zaspaną skrzatkę, po czym wypadła na zewnątrz, prosto w piękną, gwieździstą, czerwcową noc i znikła z cichym trzaskiem.
*
Biegła przez New Forest, nie dbając w tej chwili o to, że może wpaść na jakieś zabezpieczenia albo że zaatakuje ją magiczne zwierzę. Palce zaciskała na różdżce i gdy z przeciwka dostrzegła nadciągającą sylwetkę, w pierwszej chwili dokładnie jak Alexander chciała zaatakować… ale zaraz rozpoznała jego głos. I chociaż wiedziała, że Laurent na pewno jest ranny, to i tak potwierdzenie sprawiło, że zawirowało jej w głowie.
Ale żył. Dobrze, bo nie była pewna, czy tam, we śnie, obudził się, otworzył oczy w realnym świecie, czy też wręcz przeciwnie: zamknął je na zawsze.
– Zajmę się nim! – zawołała tylko, przechwytując klucze i moment później dopadła drzwi cichego budynku, wzniesionego na brzegu morza. Nie rozglądała się, nie spojrzała nawet w stronę plaży, nie zatrzymała wzroku choćby na sekundę na pomieszczeniach na dole.
– Laurent! – krzyknęła, już po drodze. Słyszała chyba skądś warkot psa, i palce zacisnęła na różdżce, bo chociaż nie chciała zaatakować zwierzaka, gdyby Duma wydostał się z miejsca, w którym zamknął go Alexander, musiałaby go sparaliżować. Dopadła w końcu drzwi sypialni i dopadła do łóżka, na którym leżał Prewett.
– Laurent? Słyszysz mnie? – zapytała, pochylając się nad posłaniem. Nie miała odwagi choćby go dotknąć, niepewna, czy nie wyrządzi mu większej krzywdy. Nie była uzdrowicielem. Nie umiała ocenić obrażeń, dobrać właściwych mikstur, mogła co najwyżej wręczyć mu te, które przyniosła z nadzieją, że czarodziej dotrwa do przybycia magimedyka. – Mam eliksiry. Alexander sprowadzi uzdrowiciela – powiedziała. Choć była wzburzona, a pod tym wzburzeniem kryła się dzika furia na tego drania, który ośmielał się atakować w snach, nie pozwoliła, by głos jej zadrżał. Wydobyła z kieszeni fiolkę oznaczoną jako eliksir wiggenowy i odkorowała ostrożnie. Prewett krwawił: przy odrobinie szczęścia to może nie postawi go na nogi, ale przyhamuje krwotok…
Nie odczuwała zmęczenia czy niewyspania, bo adrenalina wciąż buzowała w jej żyłach, gdy podrywała się z łóżka i łapała za różdżkę. Pies, który spał przy niej, zaskoczony podniósł łeb, ale Brenna to zignorowała i wypadła na korytarz, by przebiec nim ku schodom. A potem ku kuchni – gdzie rzuciła się do jednej z szafek i zgarnęła kilka eliksirów, które trafiły zaraz do kieszeni wyblakłej, czerwonej bluzy z lwem Gryffindoru, w której chodziła za czasów szkoły, a teraz często służącej jej za górę od piżamy.
Traciła cenne sekundy, ale nie znała magii, którą mogłaby cokolwiek zrobić, aby pomóc Prewettowi. Może od razu powinna budzić Danielle, zdawało się jej jednak, że tej nocy kuzynka ma dyżur.
Brenna minęła zaspaną skrzatkę, po czym wypadła na zewnątrz, prosto w piękną, gwieździstą, czerwcową noc i znikła z cichym trzaskiem.
*
Biegła przez New Forest, nie dbając w tej chwili o to, że może wpaść na jakieś zabezpieczenia albo że zaatakuje ją magiczne zwierzę. Palce zaciskała na różdżce i gdy z przeciwka dostrzegła nadciągającą sylwetkę, w pierwszej chwili dokładnie jak Alexander chciała zaatakować… ale zaraz rozpoznała jego głos. I chociaż wiedziała, że Laurent na pewno jest ranny, to i tak potwierdzenie sprawiło, że zawirowało jej w głowie.
Ale żył. Dobrze, bo nie była pewna, czy tam, we śnie, obudził się, otworzył oczy w realnym świecie, czy też wręcz przeciwnie: zamknął je na zawsze.
– Zajmę się nim! – zawołała tylko, przechwytując klucze i moment później dopadła drzwi cichego budynku, wzniesionego na brzegu morza. Nie rozglądała się, nie spojrzała nawet w stronę plaży, nie zatrzymała wzroku choćby na sekundę na pomieszczeniach na dole.
– Laurent! – krzyknęła, już po drodze. Słyszała chyba skądś warkot psa, i palce zacisnęła na różdżce, bo chociaż nie chciała zaatakować zwierzaka, gdyby Duma wydostał się z miejsca, w którym zamknął go Alexander, musiałaby go sparaliżować. Dopadła w końcu drzwi sypialni i dopadła do łóżka, na którym leżał Prewett.
– Laurent? Słyszysz mnie? – zapytała, pochylając się nad posłaniem. Nie miała odwagi choćby go dotknąć, niepewna, czy nie wyrządzi mu większej krzywdy. Nie była uzdrowicielem. Nie umiała ocenić obrażeń, dobrać właściwych mikstur, mogła co najwyżej wręczyć mu te, które przyniosła z nadzieją, że czarodziej dotrwa do przybycia magimedyka. – Mam eliksiry. Alexander sprowadzi uzdrowiciela – powiedziała. Choć była wzburzona, a pod tym wzburzeniem kryła się dzika furia na tego drania, który ośmielał się atakować w snach, nie pozwoliła, by głos jej zadrżał. Wydobyła z kieszeni fiolkę oznaczoną jako eliksir wiggenowy i odkorowała ostrożnie. Prewett krwawił: przy odrobinie szczęścia to może nie postawi go na nogi, ale przyhamuje krwotok…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.