Podobno zawsze odliczało się do trzech razy. Jeśli ci się nie uda, spróbuj kolejny raz. Taka motywacja, żeby się nie poddawać. Nie teraz, to następnym razem. Teraz się potknąłeś, no dobrze, ale zobacz, już wiesz na co uważać! Tego błędu za drugim razem nie popełnisz. Tylko że pędząc przez cudze sny Brenna nie mogła popełnić żadnego błędu. Gdyby się potknęła nie było mowy o tym, że mogłaby zdążyć. Gdyby się zgubiła nie było mowy o tym, że zastałaby kogoś żywego. A gdyby tam umarli, on, Victoria, co stałoby się w prawdziwym świecie? Czy naprawdę spotkałaby ich śmierć? Każde z tych obrażeń przenosiło się do rzeczywistości, bez odstępstw. Jeśli to nie była potężna magia... ten rodzaj magii, który miał ewidentną lukę. I niestety jednocześnie ten, który na żaden błąd nie pozwalał. Napastnik o tym wiedział. Nie podejmował we śnie walki, być może właśnie szedł ciemną uliczką ze śladami zębów po wilczych kłach na przedramieniu? Te rany mogły nie być jednostronny. Cała reszta towarzystwa mogła być tylko iluzją, ale trzy osoby pozostawały niezmiennie realne, prawdziwe i mogące wpływać na to, co się dzieje. Choć ofiary, jakie sobie wybierał tajemniczy morderca, zawsze były tak samo rozbrojone. Jedne chyba po prostu bardziej podatne, drugie mające w sobie odrobinę więcej woli walki.
Oszalał... pisał list do Florence i zastanawiał się, czy oszalał. Czy to już wszystko mu się przewidziało, to uczucie, że ktoś na niego patrzy, że go obserwuje. Gdy normalnie podobałoby mu się to, że przyciąga uwagę, tak to było jedno z tych najbardziej niepokojących doświadczeń życia - myśleć, że ktoś za tobą podąża. Jak ten cień, który przemyka pod łóżkiem, plącze się za plecami, ale kiedy tylko się obracałeś to znikał. Uciekał chyba do piwnicy, do której rodzic nigdy nie pozwalał wchodzić, w której zawsze ziało zupełną pustką, a kiedy otwierałeś do niej drzwi to czułeś zimny oddech bestii na swojej twarzy. To był właśnie taki cień. Nie mogłeś się go pozbyć, ale również nie mogłeś od niego uciec.
Mówiła, że się obudził, ale jej nie wierzył. Przecież nie można się obudzić ze snu, w którym na ciebie polowano, by potem czuć to samo. Ten ból na ciele nie był fantomowy. Czuł go zbyt wyraźnie, widział krew, czuł krew w smaku, w zapachu. Nie, nie miało to żadnego sensu. Lecz może to była już ta spokojniejsza część snu? Posłusznie wypił eliksiry, które Brenna mu dała, starając się je przełknąć przez gardło, co wcale nie było łatwe. Czy ona też się bała? O swoje życie? I jeśli to był tylko sen to czy powiedziałaby mu prawdę, czy może skłamała w odpowiedzi na pytanie, które zadał, a na które usłyszał tylko, że oszalał? Tak, przecież nie był takim złym człowiekiem. Ale musiało mu się tylko wydawać. Dobrych ludzi też spotykały rzeczy złe i może właśnie to definiowało, w jaką stronę podążali. Czy trzymali się światła, bez którego nie byłoby ciemności, czy też pozwoliliby sobie na upadek i odpełzli w ciemność? Nie chciał, żeby cokolwiek go weryfikowało. Nie chciał wpadać w morze oszalałe sztormem, żeby przekonać się, jak wiele byłby w stanie zrobić, żeby utrzymać się przy życiu. Brenna Longbottom zasługiwała na coś większego, na coś lepszego, bo ciągle w tym świetle stała, nawet gdy cały świat wpychał w jej myśli i układał na usta wszystkie pomimo. I jej odpowiedź, jakiej dostarczyła, była chyba dowodem na to, że była dokładnie tą samą Brenną, którą znał i pamiętał.
- M-myślisz, że... dostanę więcej kwiatów na pogrzebie niż... dostałem? - Laurent lubił kwiaty, kochał kwiaty. I trzymał w swoim serduszku taką chęć, żeby ktoś mu je przynosił w romantycznych bukietach, by mógł je ustawić w wazoniku i patrzyć na nie rozświetlonymi oczami. Ale nikt bukietów nie przynosił. Czasem pojawiały się z okazji urodzin, świąt, od strony rodziny, ale to przecież nie było to, nawet jeśli też sprawiały mu radość. Jego kąciki ust nawet troszkę zadrżały, kiedy o to pytał, jakby próbował się uśmiechnąć. Nie wyszło mu to.
Nie trwało to długo, kiedy Alexander wrócił pędem, a za nim medyk. Mężczyzna od razu podbiegł do Laurenta, kiedy Alexander rozpalił światła i postawił torbę na łóżku obok siebie. Nie było żadnych zbędnych komentarzy, żadnych zacięć. Alexander zresztą powiedział wprost: nie wiedział, co się stało. Wszyscy spali i nagle pies zaczął szczekać, a kiedy przyszedł to zastał już Laurenta w takim stanie. Dopiero w drodze napadły czarnoskórego wątpliwości, czy nie powinien czasem zatamować jakoś krwawienia, szukać ran... ale tłumaczył sobie: nie, przecież to czas! A nie wiedział, naprawdę nie wiedział, co się w ogóle stało. Przecież nikogo w domu nie było. Przecież Laurent zasnął spokojnie w swojej sypialni.
- Spokojnie, panie Prewett. Zaraz będzie po wszystkim. - Mężczyzna przedstawił się z imienia i nazwiska i zaczął od zatamowania krawienia. Informował spokojnym głosem blondyna, co będzie robił i co chwila zapewniał, że wszystko będzie dobrze, wszystko w porządku. Alexander nie sprowadził byle kogo, tylko profesjonalistę, który wiedział, co robić w takich przypadkach.
- Panienko Longbottom... - Alexander podszedł do Brenny, dopiero teraz łapiąc spokojniejszy oddech. Czarnowłosy mężczyzna o bardzo krótkich włosach, w pidżamie, wskazał gestem kuchnię. Żeby stąd wyjść, żeby nie przeszkadzać. Nie to, że przeszkadzali stojąc z boku, ale mimo wszystko... chciał ją zapytać o parę rzeczy. - Dziękuję za pomoc... naprawdę bardzo dziękuję. - Uścisnął dłonie kobiety. - Ale co panienka tutaj robiła? W środku nocy? - Bo tego nie rozumiał.