23.08.2023, 22:08 ✶
Nadciągały święta.
Yule, kiedyś ulubiony sabat Brenny, oznaczający rodzinne spotkania i prezenty. Czas jasności i pojednania. A także czas zabawy, bo w tym okresie roku faktycznie mnóstwo było przyjęć i bali. Brenna nawet niekiedy na nich gościła – choć z roku na rok coraz mniej, tak że w tym pojawiła się tylko na jednym, organizowanym przez jej rodzinę.
To był jeden świat.
Ten drugi, do którego Brenna należała równie mocno, a może nawet mocniej, to ciemne noce na Nokturnie, brudny śnieg w bocznych uliczkach i mieszkania, w których znajdowano trupy, płaczące kobiety i dzieci tracące rodziców. Voldemort pojawił się niedawno, a jednak najwyraźniej od razu postanowił zacząć działać, pokazać, że to nie żarty. Dotarła na miejsce wraz z czterema innymi Brygadzistami, bo początkowo wyglądało to na sprawę dla nich… chociaż kiedy zaczęli rozglądać się po mieszkaniu, rzucili zaklęcia śledzące, a żona ofiary powiedziała parę rzeczy, wiele wskazywało, że sprawę dostanie jednak Biuro Aurorów. Brenna właśnie z ponurym, dość zaciętym, nie pasującym do niej wyrazem twarzy oglądała drzwi, wyważone chyba zaklęciem, kiedy pojawiła się Cynthia. I gdy się do niej odwróciła, jej mina zmieniła się: może nie na radosną, ale przywitała ją bladym uśmiechem.
- Cześć, boginko księżycowa. Szkoda, że widzimy się w takich okolicznościach – przywitała się. Nie spodziewała się właśnie jej, ale wolała pracować z nią niż Lycoris czy Rookwoodem. Zawsze miała do obojga Flintów ogromną słabość, która przetrwała Hogwart i towarzyszyła Brennie nawet teraz, gdy po cichu zaczynała się zastanawiać, czy przypadkiem nie znajdą się po dwóch stronach barykady. I wierzyła, że Cynthia ze swoim perfekcjonizmem jest przyszłością biura koronera – równie mocno jak w nią samą wierzyła sama Cynthia, tyle że zapewne z nich dwóch to Brenna miała rację. Bo Longbottom nigdy nawet nie starała się o przeniesienie do Biura Aurorów. Nie dlatego, że nie dałaby rady – choćby była głupia, zapewne przeciągnięto by ją przed egzaminy tylko po to, by mieć tam na wyłączność jej widmowidzenie. Ale z bardzo wielu innych powodów.
– Tak. Początkowo zgłoszono to jako awanturę sąsiedzką, ale wygląda na to, że maczali w tym palce czarnoksiężnicy. Wszystko jest przesiąknięte wonią czarnej magii. Nie zginął od kedavry, tyle możemy powiedzieć od razu. Nie chcemy ruszać ciała, póki ktoś od was go nie obejrzy… bo może coś będzie podpowiedzią – wyjaśniła. W pracy mówiła raczej rzeczowo, trochę ograniczając swoją paplaninę. To było obowiązki służbowe, a poza tym na schodach płakał osierocony chłopiec i dźwięki jego łkania rozrywały Brennie serce na strzępy.
W pewnym sensie obie słuchały umarłych. Cynthia patrzyła na ich ciała, Brenna oglądała ich wspomnienia. Wiedziała, że gdy Flintówna wyjdzie, przyjdzie jej siąść w kręgu i patrzeć, jak ten mężczyzna umiera. Ale Brenna wciąż nie umiała – i chyba nigdy nie miała się tego nauczyć – podchodzić do takich rzeczy rutynowo.
Na kolejne słowa Cynthii kiwnęła głową i ruszyła przodem w głąb mieszkania.
– Keith, patolog na miejscu, zrobisz nam miejsce? – poprosiła, bo pomieszczenie nie było duże. Rudowłosy Keith, który robił zdjęcia do dokumentacji, zerknął na nie – na Cynthię trochę dłużej niż na Brennę – i cofnął się, pozwalając im przejść.
Yule, kiedyś ulubiony sabat Brenny, oznaczający rodzinne spotkania i prezenty. Czas jasności i pojednania. A także czas zabawy, bo w tym okresie roku faktycznie mnóstwo było przyjęć i bali. Brenna nawet niekiedy na nich gościła – choć z roku na rok coraz mniej, tak że w tym pojawiła się tylko na jednym, organizowanym przez jej rodzinę.
To był jeden świat.
Ten drugi, do którego Brenna należała równie mocno, a może nawet mocniej, to ciemne noce na Nokturnie, brudny śnieg w bocznych uliczkach i mieszkania, w których znajdowano trupy, płaczące kobiety i dzieci tracące rodziców. Voldemort pojawił się niedawno, a jednak najwyraźniej od razu postanowił zacząć działać, pokazać, że to nie żarty. Dotarła na miejsce wraz z czterema innymi Brygadzistami, bo początkowo wyglądało to na sprawę dla nich… chociaż kiedy zaczęli rozglądać się po mieszkaniu, rzucili zaklęcia śledzące, a żona ofiary powiedziała parę rzeczy, wiele wskazywało, że sprawę dostanie jednak Biuro Aurorów. Brenna właśnie z ponurym, dość zaciętym, nie pasującym do niej wyrazem twarzy oglądała drzwi, wyważone chyba zaklęciem, kiedy pojawiła się Cynthia. I gdy się do niej odwróciła, jej mina zmieniła się: może nie na radosną, ale przywitała ją bladym uśmiechem.
- Cześć, boginko księżycowa. Szkoda, że widzimy się w takich okolicznościach – przywitała się. Nie spodziewała się właśnie jej, ale wolała pracować z nią niż Lycoris czy Rookwoodem. Zawsze miała do obojga Flintów ogromną słabość, która przetrwała Hogwart i towarzyszyła Brennie nawet teraz, gdy po cichu zaczynała się zastanawiać, czy przypadkiem nie znajdą się po dwóch stronach barykady. I wierzyła, że Cynthia ze swoim perfekcjonizmem jest przyszłością biura koronera – równie mocno jak w nią samą wierzyła sama Cynthia, tyle że zapewne z nich dwóch to Brenna miała rację. Bo Longbottom nigdy nawet nie starała się o przeniesienie do Biura Aurorów. Nie dlatego, że nie dałaby rady – choćby była głupia, zapewne przeciągnięto by ją przed egzaminy tylko po to, by mieć tam na wyłączność jej widmowidzenie. Ale z bardzo wielu innych powodów.
– Tak. Początkowo zgłoszono to jako awanturę sąsiedzką, ale wygląda na to, że maczali w tym palce czarnoksiężnicy. Wszystko jest przesiąknięte wonią czarnej magii. Nie zginął od kedavry, tyle możemy powiedzieć od razu. Nie chcemy ruszać ciała, póki ktoś od was go nie obejrzy… bo może coś będzie podpowiedzią – wyjaśniła. W pracy mówiła raczej rzeczowo, trochę ograniczając swoją paplaninę. To było obowiązki służbowe, a poza tym na schodach płakał osierocony chłopiec i dźwięki jego łkania rozrywały Brennie serce na strzępy.
W pewnym sensie obie słuchały umarłych. Cynthia patrzyła na ich ciała, Brenna oglądała ich wspomnienia. Wiedziała, że gdy Flintówna wyjdzie, przyjdzie jej siąść w kręgu i patrzeć, jak ten mężczyzna umiera. Ale Brenna wciąż nie umiała – i chyba nigdy nie miała się tego nauczyć – podchodzić do takich rzeczy rutynowo.
Na kolejne słowa Cynthii kiwnęła głową i ruszyła przodem w głąb mieszkania.
– Keith, patolog na miejscu, zrobisz nam miejsce? – poprosiła, bo pomieszczenie nie było duże. Rudowłosy Keith, który robił zdjęcia do dokumentacji, zerknął na nie – na Cynthię trochę dłużej niż na Brennę – i cofnął się, pozwalając im przejść.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.