Zgadza się, bycie czystej krwi to wiele wyrzeczeń, wiele przykazań i wiele nakazów. Laurent już był w pewnym sensie skreślony. Przygarnięty pod skrzydła Aydayi doczekał się niezadowolonych spojrzeń swojej macochy jak i różnych spojrzeń i dogryzek nawet w samej szkole. Wbijało się w to jego głowę niezrozumieniem i pytaniem: dlaczego? I tak brzydkie kaczątko bardzo chciało się zamienić w łabędzie. I chyba się udało. Chyba do tego dotarł. Wypracował sobie miejsce, wyszarpał swój kawałek podłogi, na którym mógł stać w tym okrutnym i przykrym świecie, jakim był świat czystokrwistych. Nie oznaczało to, że brali go jak równy z równym. Nastroje były zmienne, zależało od rodziny, zależało od osoby - dlatego tak cenił towarzystwo osób takich jak Victoria, które widziały coś poza błękitem oczu i poza brudem krwi. Osoby, które tak jak on podzielały pasję do tego, co było pod spodem, co kryło się pod skórą i co tańczyło pod tymi uczesanymi jak i zmierzwionymi włosami. W świecie dorosłych łatwiej było odmienności zaakceptować i w końcu zagrać nimi jako kartami atutowymi. Bo nawet jeśli jedni widzieli brudną krew, to innych intrygowała. To było w końcu coś innego, coś egzotycznego. Selkie raczej nie błąkały się wśród czarodziei, wolały swoje morza, oceany. Rozrzedzone krwi nie wyróżniały się znowu wśród tłumów, aż w końcu nawet zatracały ten zew morza, nie mogły już przemienić się, by pływać bez przeszkód i cieszyć się najgłębszymi zakamarkami morskimi. Och, Laurent tak jak kochał latać na abraksanach tak bardziej tylko kochał pływać.
- Czasem, bardzo rzadko, jest to niemal podobne do rozkazu. Wołanie tak silne, że muszę się wysilić, żeby mu się oprzeć. - Wyznał, starając się to ubrać w zrozumiały przekaz. To było odczucie chyba niepodobne do niczego innego, a jeśli podobne to Laurent po prostu nie znał takich doświadczeń. - Na co dzień jest to jednak szept, który i tak ginie w ogniu codzienności. - Chyba że akurat jest chwila, w której można odetchnąć, akurat spojrzy na ocean i rozmarzy się na jego temat. - Nie przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu. Nie jest nieprzyjemny. Niektórych ludzi uspakaja wsłuchiwanie się w bicie serca, ponieważ podświadomie pamiętają bicie serca swojej matki. - Gdy byli jeszcze w jej brzuchu, gdy było to najbardziej bezpieczne miejsce, w jakim kiedykolwiek w przyszłości mieli się znaleźć. - Dla mnie szum morza podobny jest do tego dźwięku. - Mimo tego, że jednak morze wcale nie było najbardziej bezpiecznym miejscem na ziemi. Czasem jednak właśnie takim się wydawał. Jedynym, dzięki któremu mógł się schronić przed światem i w końcu - przed sobą samym. - Kwiaty! Również uwielbiam kwiaty. Szczególnie słoneczniki. - Uśmiechnął się ciepło, jakby właśnie miał je przed sobą. - Wyglądają jak małe słońca, które przyszły przywołać uśmiech na twarzy każdego, kto na nie spojrzy. - I w skrytości serca trochę się z nimi identyfikował. Nie dlatego, że był taki wspaniały, że chciał wywołać na twarzy każdego uśmiech, to było troszkę bardziej zawiłe.
Na szczęście Laurent był troszkę bardziej spostrzegawczy, żeby brak zmiany tonu całkowicie zbijał go z tropu, ale wymagało od niego szybkiej kalkulacji, żeby zacząć załapywać schemat, gdzie był żart, a gdzie nie w przypadku Victorii. Niektórzy ludzie tak po prostu mieli, a jak było powiedziane akurat od czarnowłosej go to nie odtrącało. Nie była zimna w ten nieprzyjemny sposób i nieprzystępny, przynajmniej zdaniem Laurenta. Po prostu trzeba było ją odrobinę zrozumieć.
- Czyli gotowa o każdej porze dnia i nocy. - Podsumował, nawiązując do tego porannego ptaszka i jej tłumaczeniu, jak wygląda w zasadzie praca takiego aurora. Jego kuzyn aurorem był, to chciałby powiedzieć, że nie był aż takim ignorantem... ale w sumie był. - Cieszę się, że odpowiednie osoby pilnują porządku w tym kraju. Życzę powodzenia w dostaniu promocji, choć wydaje mi się, że jest to zbędne życzenie. - Nie miał pojęcia, czy Victoria naprawdę jest pilną uczennicą, czy się nadaje, czy jest odpowiednio dobra, ale przede wszystkim nie myślał, że jest kiepska. Obraz uczennicy z nosem w książkach, uważnej obserwatorki, konkretnej osoby dawał pewne wyobrażenie, że nadawała się do swojej pracy. Z punktu widzenia, jakie miał sam. Pozostawała kwestia tego, czy była równie dobra w czarach, co miała rozwiniętą inteligencję.
- Wydaje mi się, że to byłby punkt piąty. Ale mogłem się pomylić w liczeniu. Ktoś mi mocno zawrócił w głowie. - Uśmiechnął się uroczo, przy czym całkowicie szczerze. - Szósty jeśli liczyć kawę..? - Wskazał palcem na kawę i ściągnął na moment brwi, niby to zamyślony nad tym. Wcale nie był pewien, czy to faktycznie szósty. Natomiast na jej następne słowa już rzeczywiście się zamyślił, ale zdecydowanie nie ściągał przy tym brwi. Zwolnił za to swoje ruchy i wyglądało to trochę tak, jakby coś kalkulował. Jakby liczył. Jak matematyk, który ma przed sobą tablicę, na której zapisuje równania, żeby się przekonać, czy będą do siebie pasować. - To bardzo zdrowe. Włącznie z tym, że czasem przecież każdy człowiek potrzebuje odrobinę ciepła. - Nawet najbardziej zimne i najbardziej kierujące się logiką osoby tego świata. Chyba że były chorymi skurwielami. Smarował sobie elegancko bułeczkę i nakładał na nią właśnie twarożek z warzywkami. Uniósł lekko brwi, kiedy powiedziała o tym, że nie może go rozgryźć, ale przy tym od razu niemal się uśmiechnął enigmatycznie. - Staram się, dziękuję. - Przyznał również bez skrępowania. Bo taki obraz samego siebie starał się budować. - Zastanawiasz się, gdzie zaczyna się i kończy gra? - Dopytał. - Twoje zaintrygowanie jest dla mnie bardzo pochlebiające. Mam nadzieję jednak, że wierzysz temu, że byłem - i jestem - wobec ciebie szczery. Choć tutaj - wskazał dom - bardziej wylewny względem emocji. - To dodał odrobinkę humorystycznie, bo w końcu ona również pilnowała się wśród gawiedzi. Nic dziwnego.