Ach, wieniec... piękne, barwne kwiaty, złociste chryzantemy zebrane w jednej doniczce. Tylko bez tego ostatniego napisu - tym o pożegnaniu. To dobrze, bo nie chciał się żegnać, a na pewno nie chciał się żegnać z nią. Chciał dalej ją podziwiać i mieć okazję z nią czasem porozmawiać, nawet jeśli ich relacja się mocno rozluźniła po Hogwarcie. O ile nie całkowicie. Chyba szkoda? Bez chyba. Naprawdę szkoda. Skoro była jego rycerzem, powinna mieć chociaż miecz. Na pewno potrafiłaby nim władać równie sprawnie, co władała swoimi kłami. Kłami... może również powinien był się tego nauczyć? Ha... żeby straszyć Florence nie tylko tym, że zniknie w morzu, ale również tym, że zupełnie zagubi się w dziczy? Świetny pomysł, panie Prewett... świetny pomysł. Kąciki warg blondyna znowu zadrżały w tym mizernym uśmiechu, choć rozbawienie powinno być ostatnią rzeczą, jaka powinna przez niego przepływać. Już płakał. Więc skoro już płakał i nie miał wyboru to pozostawało mu się tylko śmiać, prawda? Z tej całej beznadziei i z tej bezsilności. Z tego braku kontroli nad własnym życiem i tym, co działo się dookoła.
Przestraszył się, kiedy dwójka mężczyzn weszła do środka. Napiął się i zaczął jeszcze bardziej trząść, przestając się próbować uśmiechać i znów czując tę przemożoną potrzebę ucieczki, chociaż jeszcze przed momentem Brenna mówiła, że będzie dobrze. Tak powiedziała, ale przecież ona też była częścią snu. Mogła więc go okłamać, by w tym śnie zmienić stronę. I zamienić go w jeszcze łatwiejszą zdobycz. Bo czym były te eliksiry? Przecież nie wiedział. Zanim jego mózg pogalopował jednak za daleko, lekarz przemówił mu chociaż trochę do rozsądku. Laurent spojrzał przymrużonymi, przerażonymi oczami i odszukał w tym świetle Alexandra. Alexander i Brenna. Medyk. Spojrzał w twarz medykowi i lekko skinął głową. Gotów współpracować z tym, kto próbował mu pomóc, chociaż wcale nie sprawiało to, że magicznie przestał się bać. Proszę, proszę... niech mi nic nie zrobi... Modlił się o to, żeby mu naprawdę pomógł. Żeby nie było większej krzywdy i bólu.
W kuchni pojawił się skrzat. Jednooki, strudzony życiem, po przejściach - było to po nim widać. Wystraszony, bo jeszcze przed momentem był u Laurenta.
- Migotku... czy chciałaby panienka kawy? Herbaty? - Alexander najpierw chciał coś powiedzieć do skrzata, ale zmienił kolejność zadawania pytań. - Przynieś panience coś do picia. - Zachęcił skrzata, po czym sam odetchnął ciężko i przesunął dłonią po twarzy. Dopiero teraz orientując się, że ma na niej już zaschniętą krew. Drgnął i odciągnął szybko rękę, spoglądając po sobie, żeby zaraz zacząć rzucać odpowiednie zaklęcia, by doprowadzić się do porządku. Adrenalina schodziła teraz i z niego. Zaproponował kobiecie krzesło w jadalni. - Tej nocy. Czy to... dobrze, przepraszam panienkę. Jak najbardziej poczekamy na panicza. - Przystał Alexander, w porę się hamując z dalszym pytaniem i orientując, że Brenna chciała jednak zaczekać.
Trochę czasu minęło, zanim medyk opuścił sypialnię Laurenta i pojawił się w salonie. Wręczył Alexandrowi kartkę z przykazaniem dawkowania maści i eliksiru. Poinformował również, że należność, czyli rachunek, wystawi pocztą i przyśle przez sowę do uregulowania, po czym pozdrowił Brennę, życzył dobrej nocy i opuścił dom. Alexander zamknął za nim drzwi i poszedł najpierw wypuścić hałasującego co jakiś czas Dumę. Pies jak wściekły rzucił się do sypialni z takim impetem, że rosłego chłopa, jakim Alexander był, prawie wytrącił z równowagi. Nie zważając na nic i na nikogo jurczak wskoczył na czyste teraz już łóżko i z piskiem zaczął trącać udo swojego pana. Laurent był przytomny. Diabelnie zmęczony, zestresowany, ale jak najbardziej przytomny. I może to było właśnie w tym wszystkim najgorsze.
Docierało do niego, że wcale nie był we śnie.