Laurent uniósł ramię, żeby przyciągnąć do siebie jurczaka, albo raczej żeby po prostu go objąć. Nie musiał robić nic więcej, pies sam do niego przylgnął, ostrożnie, dotykając go nosem, wąchając, przesuwając tym mokrym nochalem po jego szyi i policzku. W wielu aspektach uważał zwierzęta za lepszy sort od ludzi. Nie wszystkich, bo przecież miał bezcennych bliskich, których by za nic nie podmienił, nie wymienił i nie chciał o nich zapomnieć, ale od większości - tak. Nie były zdradliwe, ufały ci, chciały pomóc, wyczuwając, kiedy działo ci się coś złego. Wiele elementów składało się na to, że wolał ich towarzystwo. Ale to nie znaczyło, że od ludzkiego stronił. Dobrze mu tu było - na ty krańcu świata. Gdzie nie błądziło się przypadkiem i gdzie trzeba było chcieć się pojawić, żeby się tu dostać. Miało być tu bezpiecznie. Przystań, w której nic złego nie może się wydarzyć. Teraz naruszona, zabrudzona. Zgwałcony spokój.
Laurent nie należał do tych wizytorów salonów, których skóra była blada. Dużo przebywał na słońcu i chociaż jak na blondyna przystało ciemnej karnacji nie miał to zawsze był muśnięty słońcem. Ale teraz naprawdę był blady. Po drugiej nie-przygodzie w przeciągu dwóch dni potrzebował naprawdę czasu na to, żeby odpocząć i do końca się wykurować. Półprzymknięte oczy, już spokojniejsze, zaczerwienione, przeniósł z psa na Alexandra, a potem Brennę, która weszła ostatnia do pomieszczenia. Cały komitet powitalny. Tym razem z tą gwarancją, że to naprawdę nie pogrzeb. I że nie będzie ani wieńca, ani marszu pogrzebowego, a potem słodkich kłamstw, jakim to nie był dobrym człowiekiem i jak to sobie nie zasłużył na swój los. Bo większych tych przemów, jakie się odbywały, zabarwione były jedną wielką ściemą. Koloryt nadawany był niezależnie od tego, jakim człowiekiem byleś. Czasami tylko dodawali "może nie wszyscy znali go od tej najlepszej strony, ALE...". Ale. Ciekawe, że człowiek jakoś się tym nie przejmuje. Tym, jakim będzie jego pogrzeb i kto na niego przyjdzie. Dopiero kiedy dożywałeś sędziwego wieku to czasem się zastanawiałeś, czy ktoś przyjdzie zapalić świecę na twój grób. Jego wielka, pogrzebowa przemowa została zastąpiona słowami: to był sen, ale morderca w nim był prawdziwy.
Co się w ogóle odpowiadało na takie słowa?
- Dziękuję, że mnie uratowałaś. - Mówił słabo i cicho. Podobno człowiek tym bardziej docenia życie, kiedy niemal je straci. Że w żadnym innym momencie nie czujesz sie bardziej żywy niż wtedy, kiedy to życie tracisz. To ostatnie... tak, chyba coś w tym było. Co do tego pierwszego jednak Laurent mógłby się nie zgodzić. Bo wręcz spojrzał na to i zastanawiał się, jak nic nie warte jet to życie, które prowadził. - Czemu? - Czemu zabija? Czemu chciał JEGO skrzywdzić i czemu to Brenna akurat mu przeszkadza? Prowadzi jego sprawę? Chyba tak. To pytanie zadał ten nocy samemu sobie tyle razy w myślach i nadal sądził, że nie dostanie odpowiedzi. Że nie była ona oczywista. Chyba nie miał niczego wspólnego z Dante, skoro ewidentnie sprawa jest bardziej szeroka, z tego co Brenna mówiła, co dawało minimum ulgi tylko po to, żeby niepokoić pytaniem: to kim on tak naprawdę jest i czego chce? Tylko śmierć była jego spełnieniem, aktem? - Nic ci nie jest? - Nie wyglądało, jakby coś jej doskwierało, ale też nie wyglądała najlepiej.