24.08.2023, 14:18 ✶
Brenna wiedziała, że to miejsce nazywają Boginowym Mostem i że z jakichś powodów pośród skał, w ciemności, w jego pobliżu, lubią się ukrywać boginy.
A jednak, kiedy uniosła wilczy łeb i zobaczyła zamaskowaną sylwetkę, stojącą na moście, nie pomyślała o boginie, o zaklęciu ridikkulus, o tym, że tak naprawdę nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Widziała przed sobą śmierciożercę, celującego różdżką w Heather i wszystko w niej krzyczało, że Wood zaraz zginie w powodzi zielonego światła.
I to będzie jej wina.
Poruszyła się, wiedziona nie świadomą myślą, a odruchem: jakby impuls został przesłany bezpośrednio do kończyn z rdzenia kręgowego, nim zdążył jeszcze sięgnąć do mózgu, by tam zapadły jakieś świadome decyzje. Wilczyca z warkotem, z rozpędu, rzuciła się na śmierciożercę. Liczyło się w tej chwili tylko jedno: nie pozwolenie mu, aby zaatakował Heather. Impet uderzenia był tak duży, że mężczyzna przewrócił się, i owszem, runął na ziemię tuż przy rzece, ale wilcza Brenna także przekoziołkowała po trawie, nie dając rady zacisnąć na nim szczęk. Poderwała się niemal natychmiast, na cztery łapy: i w tej chwili to ona była bliżej istoty niż Wood.
A z ziemi nie podniósł się śmierciożerca.
W pierwszej chwili trudno było dostrzec zmianę, bo ta sylwetka też była wysoka, zakapturzona, mimo tego, że dzień nie był aż tak zimny, odziana w ciemny płaszcz. Tak ciemny, że zdawał się nieomal pochłaniać światło. Ale ręka, która wyłoniła się z fałd materiału, była pokryta liszajami, o zbyt długich palcach. I Heather już nagle nie wydawał się wcale tą samą osobą, którą spotkała podczas Beltane. Mgła pojawiła się znikąd wokół istoty, a najpierw Brennę, potem Heather, przeniknął chłód. Gdzieś w głowach odzywały się złe myśli, ciemne, te, które człowiek chciał zachować dla siebie. Brenna przez chwilę widziała nagrobek wuja, który zmienił się w grób Susanne Crawley. Szept dziecka z lasu, rozbrzmiał w jej uszach. Ranek był może chłodny, ale nie zimny przecież, a jednak Brennie zdawało się, że zimno przenika ją aż do kości.
Trzasnęło, gdy zmieniła się z wilczycy w kobietę, nie będąc w stanie wytrzymać tego wszystkiego w wilczej postaci. I wciąż nie rozumiała, że to bogin – bo jeszcze do niedawna jej bogin miał zupełnie inną postać i zwyczajnie nie przyszło jej do głowy, że mógł się aż tak zmienić. Nie od razu przynajmniej. Przesunęła się po trawie, zwiększając odległość pomiędzy sobą, zapatrzona w sylwetkę i uniosła różdżkę, próbując odepchnąć od siebie te wszystkie straszliwe myśli, szepty, uczucie chłodu: bo ta forma bogina niosła ze sobą coś więcej niż tylko strach.
- Dementor! – zawołała, niepewna, czy Heather kiedykolwiek miała z nimi do czynienia.
Chciała przywołać jakieś szczęśliwe wspomnienie.
Ale w tej chwili wszystkie pierzchały z jej głowy, niemożliwe do złapania.
A dementor szedł… nie, on sunął… w jej stronę i zdawało się, że trawę przy jego stopach pokrywa szron.
A jednak, kiedy uniosła wilczy łeb i zobaczyła zamaskowaną sylwetkę, stojącą na moście, nie pomyślała o boginie, o zaklęciu ridikkulus, o tym, że tak naprawdę nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Widziała przed sobą śmierciożercę, celującego różdżką w Heather i wszystko w niej krzyczało, że Wood zaraz zginie w powodzi zielonego światła.
I to będzie jej wina.
Poruszyła się, wiedziona nie świadomą myślą, a odruchem: jakby impuls został przesłany bezpośrednio do kończyn z rdzenia kręgowego, nim zdążył jeszcze sięgnąć do mózgu, by tam zapadły jakieś świadome decyzje. Wilczyca z warkotem, z rozpędu, rzuciła się na śmierciożercę. Liczyło się w tej chwili tylko jedno: nie pozwolenie mu, aby zaatakował Heather. Impet uderzenia był tak duży, że mężczyzna przewrócił się, i owszem, runął na ziemię tuż przy rzece, ale wilcza Brenna także przekoziołkowała po trawie, nie dając rady zacisnąć na nim szczęk. Poderwała się niemal natychmiast, na cztery łapy: i w tej chwili to ona była bliżej istoty niż Wood.
A z ziemi nie podniósł się śmierciożerca.
W pierwszej chwili trudno było dostrzec zmianę, bo ta sylwetka też była wysoka, zakapturzona, mimo tego, że dzień nie był aż tak zimny, odziana w ciemny płaszcz. Tak ciemny, że zdawał się nieomal pochłaniać światło. Ale ręka, która wyłoniła się z fałd materiału, była pokryta liszajami, o zbyt długich palcach. I Heather już nagle nie wydawał się wcale tą samą osobą, którą spotkała podczas Beltane. Mgła pojawiła się znikąd wokół istoty, a najpierw Brennę, potem Heather, przeniknął chłód. Gdzieś w głowach odzywały się złe myśli, ciemne, te, które człowiek chciał zachować dla siebie. Brenna przez chwilę widziała nagrobek wuja, który zmienił się w grób Susanne Crawley. Szept dziecka z lasu, rozbrzmiał w jej uszach. Ranek był może chłodny, ale nie zimny przecież, a jednak Brennie zdawało się, że zimno przenika ją aż do kości.
Trzasnęło, gdy zmieniła się z wilczycy w kobietę, nie będąc w stanie wytrzymać tego wszystkiego w wilczej postaci. I wciąż nie rozumiała, że to bogin – bo jeszcze do niedawna jej bogin miał zupełnie inną postać i zwyczajnie nie przyszło jej do głowy, że mógł się aż tak zmienić. Nie od razu przynajmniej. Przesunęła się po trawie, zwiększając odległość pomiędzy sobą, zapatrzona w sylwetkę i uniosła różdżkę, próbując odepchnąć od siebie te wszystkie straszliwe myśli, szepty, uczucie chłodu: bo ta forma bogina niosła ze sobą coś więcej niż tylko strach.
- Dementor! – zawołała, niepewna, czy Heather kiedykolwiek miała z nimi do czynienia.
Chciała przywołać jakieś szczęśliwe wspomnienie.
Ale w tej chwili wszystkie pierzchały z jej głowy, niemożliwe do złapania.
A dementor szedł… nie, on sunął… w jej stronę i zdawało się, że trawę przy jego stopach pokrywa szron.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.