24.08.2023, 15:36 ✶
W świecie Brenny też dość rzadko słyszało się słowa „ktoś próbował zamordować cię we śnie”. Ale było w nim mnóstwo zdań, które pewnie rzadko pojawiały się w rzeczywistości Laurenta. Jak „pobił mnie wampir”, „wpadłam do dziury z trzema żywymi trupami”, „śmierciożercy chcą mnie dopaść, pomóż mi” czy „moja kuzynka ma wspomnienia wujka z Limbo i omal nas one nie zabiły”. Może dlatego ostatecznie jej dużo łatwiej było odnaleźć się w sytuacji. Mimo zmęczenia, nie zdawało się jej to wszystko aż tak nierealne, niemożliwe, jak za pierwszym razem, gdy wpadła do domu Victorii, niepewna, czy śni, czy działania na jawie. A może – dawała radę, bo wystąpiła w tym śnie nie jako ofiara, nie mająca możliwości działania… jeżeli morderca kiedyś przypisze jej tę rolę, to taki moment miał dopiero nadejść.
Laurent był blady, ze strachu, niewyspania i przede wszystkim straty krwi. Ale nie myślała o jego pogrzebie. W tej chwili cieszyła się raczej, że był względnie cały i jeżeli nawet nie zdrowy, to takim stanie się niedługo. O dziwo, zdawał się przyjmować wyjaśnienia dość łatwo – a spodziewała się raczej niedowierzania niż podziękowań.
Nie zapewniła, że żaden problem, że dziękować nie musi, bo sama też by dziękowała. A gdyby tych podziękowań nie przyjęła, byłoby w tym coś nieprzyjemnego. Brenna rzadko celowo była nieprzyjemna wobec innych – zdarzało się to, ale tylko od czasu do czasu i tylko wobec określonych jednostek.
- Jesteśmy kwita – powiedziała tylko, bo w końcu była mu do niedawna winna przysługę i można było powiedzieć, że właśnie ją spłaciła. – Naprawdę nie wiem – przyznała bezradnie. Nie, nie prowadziła tej sprawy. Nie była nawet aurorką. Gromadziła okruszki informacji niby drobiny złota, bo taka była jej natura, bo zaangażowane były bliskie jej osoby i bo nawet w Biurze Aurorów były osoby, w których kompetencje nie do końca dowierzała. A nawet gdyby ją prowadziła, to czy dowiedziałaby się więcej? Pokładała nadzieję w tym, że ktoś z Departamentu Tajemnic znajdzie odpowiedzi, ale nawet oni mogli ich nie mieć… albo nie chcieć się nimi podzielić.
– Wiem tylko tyle, że napada w snach. Jego ofiara cały dzień czuje się obserwowana. Że obrażenia przenoszą się na jawę… i że ktoś, kto go zna i kto wie, w jaki sposób to robi próbuje chyba powstrzymać go przed tymi atakami, przynajmniej trzykrotnie się mu chyba to udało. Przynajmniej trzy razy znajomy zaatakowanego z kolei walczył z nim w snach, a pierwszy raz był to jeden z pracowników Ministerstwa, już jakiś czas temu. Gdybym miała więcej informacji, powiedziałabym ci – zrelacjonowała Brenna. Posłała mu uśmiech, niekoniecznie wesoły, ale i nie smutny, kiedy spytał, czy nic jej nie jest. Nie, nie była ranna, nie wyglądała nawet szczególnie źle: ot jak ktoś, kto został dość brutalnie wyrwany z łóżka po zbyt krótkim śnie. Teraz, gdy opadła już z niej adrenalina i strach, że nie zdąży, czuła się zmęczona.
Chociaż jednocześnie bardzo nie chciała zasypiać.
– Nic mi nie jest. Nie zranił mnie. Nie jestem nawet pewna, czy mógłby – odparła.
Nie wiedziała, czemu wybrano Laurenta, tak jak nie miała pojęcia, czemu ktoś chciałby napadać Avery, czemu mugol ze strzelbą śnił się Norze. Ona i Victoria jeszcze były oczywistymi celami, ale oni? Sądziła, że klucz mógł tkwić w kimś, kogo tego dnia spotkali, w czymś, co zrobili, ale to wymagało przesłuchań, śledztwa, odtworzenia dróg… Ale z drugiej strony… czy gdyby zobaczyli tego człowieka, nie rozpoznaliby go potem, kiedy dokonał napaści w snach? Czy mógł aż tak ginąć w tłumie?
Czy to w ogóle był człowiek?
– Powinieneś to jutro zgłosić oficjalnie aurorom – zasugerowała. – I pomoże, jeżeli zastanowisz się rano, gdzie dziś byłeś i z kim się spotkałeś.
Laurent był blady, ze strachu, niewyspania i przede wszystkim straty krwi. Ale nie myślała o jego pogrzebie. W tej chwili cieszyła się raczej, że był względnie cały i jeżeli nawet nie zdrowy, to takim stanie się niedługo. O dziwo, zdawał się przyjmować wyjaśnienia dość łatwo – a spodziewała się raczej niedowierzania niż podziękowań.
Nie zapewniła, że żaden problem, że dziękować nie musi, bo sama też by dziękowała. A gdyby tych podziękowań nie przyjęła, byłoby w tym coś nieprzyjemnego. Brenna rzadko celowo była nieprzyjemna wobec innych – zdarzało się to, ale tylko od czasu do czasu i tylko wobec określonych jednostek.
- Jesteśmy kwita – powiedziała tylko, bo w końcu była mu do niedawna winna przysługę i można było powiedzieć, że właśnie ją spłaciła. – Naprawdę nie wiem – przyznała bezradnie. Nie, nie prowadziła tej sprawy. Nie była nawet aurorką. Gromadziła okruszki informacji niby drobiny złota, bo taka była jej natura, bo zaangażowane były bliskie jej osoby i bo nawet w Biurze Aurorów były osoby, w których kompetencje nie do końca dowierzała. A nawet gdyby ją prowadziła, to czy dowiedziałaby się więcej? Pokładała nadzieję w tym, że ktoś z Departamentu Tajemnic znajdzie odpowiedzi, ale nawet oni mogli ich nie mieć… albo nie chcieć się nimi podzielić.
– Wiem tylko tyle, że napada w snach. Jego ofiara cały dzień czuje się obserwowana. Że obrażenia przenoszą się na jawę… i że ktoś, kto go zna i kto wie, w jaki sposób to robi próbuje chyba powstrzymać go przed tymi atakami, przynajmniej trzykrotnie się mu chyba to udało. Przynajmniej trzy razy znajomy zaatakowanego z kolei walczył z nim w snach, a pierwszy raz był to jeden z pracowników Ministerstwa, już jakiś czas temu. Gdybym miała więcej informacji, powiedziałabym ci – zrelacjonowała Brenna. Posłała mu uśmiech, niekoniecznie wesoły, ale i nie smutny, kiedy spytał, czy nic jej nie jest. Nie, nie była ranna, nie wyglądała nawet szczególnie źle: ot jak ktoś, kto został dość brutalnie wyrwany z łóżka po zbyt krótkim śnie. Teraz, gdy opadła już z niej adrenalina i strach, że nie zdąży, czuła się zmęczona.
Chociaż jednocześnie bardzo nie chciała zasypiać.
– Nic mi nie jest. Nie zranił mnie. Nie jestem nawet pewna, czy mógłby – odparła.
Nie wiedziała, czemu wybrano Laurenta, tak jak nie miała pojęcia, czemu ktoś chciałby napadać Avery, czemu mugol ze strzelbą śnił się Norze. Ona i Victoria jeszcze były oczywistymi celami, ale oni? Sądziła, że klucz mógł tkwić w kimś, kogo tego dnia spotkali, w czymś, co zrobili, ale to wymagało przesłuchań, śledztwa, odtworzenia dróg… Ale z drugiej strony… czy gdyby zobaczyli tego człowieka, nie rozpoznaliby go potem, kiedy dokonał napaści w snach? Czy mógł aż tak ginąć w tłumie?
Czy to w ogóle był człowiek?
– Powinieneś to jutro zgłosić oficjalnie aurorom – zasugerowała. – I pomoże, jeżeli zastanowisz się rano, gdzie dziś byłeś i z kim się spotkałeś.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.