24.08.2023, 21:40 ✶
Prawda była taka, że owszem, musiała – i byłaby zaskoczona, że ktoś mógłby sugerować coś innego. To byłoby w jej rodzinie dziedziczne, a przynajmniej taki był jej ojciec, jej wuj i jej ciotka, jej brat i wszystkie jej kuzynki. Tacy byli inni Longbottomowie, o których śniła jako mała dziewczynka, gdy jeszcze nieopanowany dar odziedziczony po babce buzował w jej krwi. Tak było zawsze, a teraz… Teraz Brenna była nie tylko Brygadzistą, ale i żołnierzem, chociaż tego domyśleć się było ciężko, gdy patrzyło się na jej mugolskie trampki oraz słuchało paplania i… dobrze, bo tak właśnie miało być.
A Laurent był cywilem. I nawet jeżeli nie zawsze szedł drogą prawa i porządku, Brenna była wściekle pewna, że nie zrobił niczego, za co zasługiwałby na wizytę tego psychopaty. Naprawdę niewielu ludzi na nią zasługiwało. Prawdopodobnie gdyby miała wskazać kogoś, do kogo chciałaby go posłać, byłyby to tylko dwie osoby: Voldemort oraz ojciec Susanne Crawley.
Brenna też nie była pewna, co mu powiedzieć. Jak zwykle słów miała pod ręką bardzo wiele, zdaniem wielu aż nazbyt dużo, tak teraz wszystkie umykały jej spomiędzy palców. Nie znajdowała tych właściwych. Bo co mówiło się w takich sytuacjach? Och, bywała w nich często, w końcu jej praca czasem oznaczała konfiskatę przedmiotów z kradzieży, a czasem rozmawianie z kimś, kogo pobito lub z rodziną kogoś, kto zginął przedwcześnie. Ale żadne procedury, żadne wyuczone formułki, nigdy nie zdawały się jej wystarczające.
Przykro mi, że cię to spotkało?
Było jej przykro. Laurent był może czasem złośliwy, może po ślizgońsku przebiegły, ale był tez zwykle miłym, wrażliwym chłopakiem, który nie powinien być zmuszany do walki. Tyle że to „przykro mi” niczego nie zmieniało.
– Cieszę się, że żyjesz – powiedziała w końcu tylko miękko nim się cofnęła i pokręciła głową. Nie, zdecydowanie nie chciała kawy, i na pewno nie chciała zawracać sobą głowy ani Laurentowi, który potrzebował odpoczynku, ani Alexandrowi, który wyraźnie martwił się o swojego pracodawcę. Poza tym nie sądziła, aby tej nocy byli w niebezpieczeństwie. – Muszę wracać do domu, jeżeli ktoś się zorientuje, że mnie nie ma…
Niby nie było to jakoś zaskakujące, ale sama pewnie natychmiast ruszyłaby na poszukiwania, gdyby zorientowała się, że któryś z domowników wybiegł z posiadłości w środku nocy, wciąż w piżamie, nie zostawiając żadnej wiadomości. Nie wspominając o tym, że rano Brennę czekał dyżur w Ministerstwie, więc dobrze było złapać chociaż ze dwie godziny snu.
– Odpoczywaj – mruknęła, a potem kiwnęła głową na pożegnanie Alexandrowi, nim wycofała się z pokoju. Wyszła z domu w noc, oddalając się powoli od budynku. Może w innych okolicznościach bardziej doceniałaby urodę tego miejsca: szum drzew i morza, słoną bryzę, rośliny i dalekie nawoływania zwierząt, niebo, które było tu inne niż w Londynie, a nawet jakby trochę inne niż w Dolinie.
Teraz jednak głowę miała pełną czarnych myśli, kiedy deportowała się z New Forest.
A Laurent był cywilem. I nawet jeżeli nie zawsze szedł drogą prawa i porządku, Brenna była wściekle pewna, że nie zrobił niczego, za co zasługiwałby na wizytę tego psychopaty. Naprawdę niewielu ludzi na nią zasługiwało. Prawdopodobnie gdyby miała wskazać kogoś, do kogo chciałaby go posłać, byłyby to tylko dwie osoby: Voldemort oraz ojciec Susanne Crawley.
Brenna też nie była pewna, co mu powiedzieć. Jak zwykle słów miała pod ręką bardzo wiele, zdaniem wielu aż nazbyt dużo, tak teraz wszystkie umykały jej spomiędzy palców. Nie znajdowała tych właściwych. Bo co mówiło się w takich sytuacjach? Och, bywała w nich często, w końcu jej praca czasem oznaczała konfiskatę przedmiotów z kradzieży, a czasem rozmawianie z kimś, kogo pobito lub z rodziną kogoś, kto zginął przedwcześnie. Ale żadne procedury, żadne wyuczone formułki, nigdy nie zdawały się jej wystarczające.
Przykro mi, że cię to spotkało?
Było jej przykro. Laurent był może czasem złośliwy, może po ślizgońsku przebiegły, ale był tez zwykle miłym, wrażliwym chłopakiem, który nie powinien być zmuszany do walki. Tyle że to „przykro mi” niczego nie zmieniało.
– Cieszę się, że żyjesz – powiedziała w końcu tylko miękko nim się cofnęła i pokręciła głową. Nie, zdecydowanie nie chciała kawy, i na pewno nie chciała zawracać sobą głowy ani Laurentowi, który potrzebował odpoczynku, ani Alexandrowi, który wyraźnie martwił się o swojego pracodawcę. Poza tym nie sądziła, aby tej nocy byli w niebezpieczeństwie. – Muszę wracać do domu, jeżeli ktoś się zorientuje, że mnie nie ma…
Niby nie było to jakoś zaskakujące, ale sama pewnie natychmiast ruszyłaby na poszukiwania, gdyby zorientowała się, że któryś z domowników wybiegł z posiadłości w środku nocy, wciąż w piżamie, nie zostawiając żadnej wiadomości. Nie wspominając o tym, że rano Brennę czekał dyżur w Ministerstwie, więc dobrze było złapać chociaż ze dwie godziny snu.
– Odpoczywaj – mruknęła, a potem kiwnęła głową na pożegnanie Alexandrowi, nim wycofała się z pokoju. Wyszła z domu w noc, oddalając się powoli od budynku. Może w innych okolicznościach bardziej doceniałaby urodę tego miejsca: szum drzew i morza, słoną bryzę, rośliny i dalekie nawoływania zwierząt, niebo, które było tu inne niż w Londynie, a nawet jakby trochę inne niż w Dolinie.
Teraz jednak głowę miała pełną czarnych myśli, kiedy deportowała się z New Forest.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.