Jakie wrażenie może sprawiać oklumenta? A jakie legilimenta? Jeśli byłoby to typowane cechami charakteru, to tak, Victoria "wyglądałaby na oklumentkę", bo przecież była taka spokojna, ułożona, spoglądała trzeźwo na świat. Chyba Laurent mógłby zostać legilimentą ze swoją przenikliwością i urokiem. Tymczasem ludzie tacy jak Victoria niekoniecznie władali oklumencją, a Laurent nie był żadnym legilimentą i nawet nie planował nim zostawać. Kłamstwem byłoby powiedzenie, że nigdy nie przeszło mu przez głowę uczenie się czegoś takiego, bo przecież jednak rzeczy zakazane były kuszące. Po głowie Laurenta natomiast przesuwało się bardzo dużo różnych, dziwnych myśli i niekoniecznie wszystkie były tymi, którymi dzielić się należało. Głównie dlatego, że sam nie wiedział i nie rozumiał, skąd się wyrodziły i czemu powstały.
- Chyba będę musiał już pozostać przy tych pięciu, żeby potem zawsze było dodawane "albo sześć". - Zaśmiał się. Już mu to wpadło w ucho, brzmiało tak... irracjonalnie! Ale zabawnie przy tej irracjonalności. O ile to był temat zabawny, lekki i niezobowiązujący, tak wypływanie na głęboką wodę w kierunku kobiety, która dawno odeszła z tego świata było już bardziej poruszające. Na tyle, że kiedy Victoria o to zapytała, nie pojawiła się odpowiedź od razu.
- Wybacz, nie chcę bardziej poruszać tego tematu. - Nie chciał poruszać swojego wnętrza i sięgać do tego poczucia braku, którego nic nie było w stanie wypełnić. I do wspomnień, które potrafiły całkowicie zburzyć każdą chwilę. - Lubisz muzykę? Słyszałaś kiedyś śpiew selkie? - Bo to również po niej odziedziczył. Oczywiście talent i głos to jedno, ciężka praca nad nim to drugie, a śpiewanie sprawiało mu ogromną przyjemność. Kiedyś myślał o tym, że nawet mógłby śpiewać na scenie, by zachwycać wszystkich, ale jego droga potoczyła się zupełnie inaczej. Nie żałował, bo zdecydowanie bardziej odpowiadał mu ten spokój, niż jeżdżenie po wielkich salonach, by tam zdzierać swoje gardło. - Czasami. - W końcu Atreus miał temperament i tego nie trzeba było wskazywać palcem. - Więcej razy mnie z nich wyciągał. - Z perspektywy czasu Laurent uważał, że był całkowicie głupiutkim dzieckiem, które chciało rzeczy niemożliwych i starało się je na siłę wepchnąć w rzeczywistość. A tak się nie dało. Ludzi nie dało się zmusić do zmiany swojej perspektywy, a tym bardziej nie dało się na nich wymusić uczuć. Pieklenie się o to i kąsane wcale nie pomagało ani jemu, ani innym. Tylko pogarszało sprawę. - Znacie się bardziej, czy tylko na "dzień dobry"? - Bo ze szkoły to raczej wątpliwe, żeby się znali, bo Atreus był rok niżej w Hogwarcie niż nawet Laurent, ale może akurat się jakoś zaznajomili ze sobą? Świat czystej krwi był światem bardzo małym.
- Musiało ci być ciężko. - Z taką presją, jaką nakładała na nią matka. Jak sobie z tym radziła? Czy kłótnie były u nich codziennością? Czy może jednak uparcie stawiała na swoim? Na swoim postawiła na pewno na końcu, bo w końcu wybrała ścieżkę kariery, która żadnemu z rodziców nie była, koniec końców, na rękę. Oczekiwali od niej czegoś innego, a ona miała na tyle silny charakter, żeby nie wyjść naprzeciwko tym oczekiwaniom. Laurent był inny. Zrobił wszystko, żeby spełnić oczekiwania rodziców, kiedy jego siostra wolała jednak robić inne rzeczy niż usiąść na dupie i zajmować się rodzinnym interesem abraksanów. Ale koniec końców i on zrozumiał, że to go nie uszczęśliwi - siedzenie w rodzinnej posiadłości i zajmowanie się tym miejscem pod modłę ojca i macochy. I w końcu też odważył się na ten ruch. Człowiek musiał szukać własnej drogi do szczęścia. Inaczej kończył nieszczęśliwy na całe życie. - To godne pochwały, że trzymałaś się swoich przekonań i pragnień, nie ulegałaś presji rodziny. - Dla niego przynajmniej było czymś godnym podziwu. Niektórzy powiedzieliby inaczej, bo w końcu chodzenie na bakier z rodziną bywało bardzo niebezpieczne.
- Haha... mężczyźni są też łatwymi w manipulacji istotami, wystarczy ich odpowiednio naprowadzić i wydaje im się, że sami okazję stworzyli. Większości nawet trzeba w tym pomagać. - Laurent nie przepadał za tworzeniem okazji. Wolał być tą drugą stroną, która z okazji może skorzystać. Nauczył się jednak, że ludzie byli różni w obsłudze, a tacy, którzy potrafili dojrzeć animozję pragnień i gestów od samego sedna było po prostu niewiele. Dlatego przystosowywał się do tego, co było mu rzucane. - Lecz tak, Victorio. Moja nadzieja opiera się na tym, czy ty okazję zaakceptujesz i złapiesz za ogon. - Uśmiechnął się filuternie, dodając tę aksamitną nutę do swojego głosu. - Jarczuki są wynikiem przypadku. Wyhodowałem pierwszego jarczuka na potrzeby prywatne, a potem od słowa do słowa się potoczyło, że jestem w stanie je wyhodować i wytresować. - Bo jednak nie było w Anglii wielu takich hodowców. I dobrze. Nie tylko zarobek dzięki temu był większy, ale i ryzyko że taki pies wpadnie w niepowołane ręce. - Lubię trudne stworzenia, które wymagają pracy. A najbardziej w jarczukach lubię miny ludzi, którzy patrzą na mnie, a potem na te ogary wyciągnięte w piekieł. - Laurent uśmiechnął się niemal niewinnie, ale jednocześnie ze szczerym rozbawieniem. - Potrzebowałem jarczuka do obrony - swojej jak i posesji. Zdecydowanie nie jestem typem wojownika.