25.08.2023, 16:25 ✶
Niekiedy Severine potrafiła wyglądać jak należy; ciasno zasznurowany gorset naprawiał mankament, jakim był całkowity brak talii, a tym samym optycznie powiększał piersi i biodra, długa do kostek spódnica w kształcie litery "A" nie tylko zakrywała jej niekształtne nogi, ale też odwracała uwagę od szerokich ramion, upięte w niski kok włosy podkreślały długą szyję, cienkie czarne kreski nad powiekami oraz krwistoczerwona szminka nadawały jej nieco drapieżności, zaś stukot obcasów i unoszący się wokół niej kwiatowy zapach sprawiały wrażenie, jakoby rozmówca miał przed sobą przeciętną kobietę z wyższych sfer, aniżeli uzależnioną od laudanum wulgarną dziewuchę, która w głębokim poważaniu miała wiele ze społecznych norm.
Do tego bardzo mściwej, bowiem cały ten strój klauna - jak określała w myślach swoje ubranie - włożyła tylko po to, by utrzeć nosa wścibskiej sąsiadce, stale wypytującej ją o plany matrymonialne. Kilka dni wcześniej, zaczepiona przez nią przed wejściem do kamienicy, z udawaną troską komentując, że taka kobieta jak ona nie znajdzie sobie żadnego mężczyzny. Nie dowiedziała się, co miała na myśli, mówiąc taka, ale Severine miała wystarczająco kiepski dzień, by wybrać przemoc. Obiecała więc sobie, że baba się zesra.
W tym celu zamierzała niejako wykorzystać do tego Desmonda. Ot, taki mały niewinny żart, w który wplątała przyjaciela brata. Właśnie poprawiała niesforny kosmyk włosów, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Jej wzrok natychmiast zatrzymał się na tarczy zegara, który wyprosiła z rodzinnego domu (odrobiną krzyków, płaczu i gróźb) i ze zdumieniem pomieszanym z podziwem stwierdziła, że młody Malfoy jest niezwykle punktualny. Otworzyła mu drzwi z przećwiczonym uśmiechem numer cztery (zwanym również "udawana radość z udawanej niespodzianki"), po czym rzuciła się młodzieńcowi na szyję. Ponad jego ramieniem dostrzegła, jak drzwi naprzeciwko się uchylają, a spomiędzy nich błyska łańcuch oraz para ciekawskich ślepiów.
— Ach, Desmondzie! Ależ nie musiałeś! — krzyknęła ostentacyjnie na widok kwiatów, po czym złożyła pocałunek na jego policzku, zostawiając na jego skórze czerwony ślad. Wciągnęła gościa do środka, zamknęła drzwi na kilka zamków, po czym wstawiła kwiaty do stojącego na komodzie w przedpokoju wazonu, niewątpliwie już przygotowanego. — Ha! Szkoda, że nie widziałeś miny, tej starej jędzy!
Roześmiała się, tym razem szczerze i podała Desmondowi chusteczkę. Sama przejęła od niego butelkę wina i poprowadziła go do salonu, gdzie wskazała mu jeden z dwóch obitych pluszem w kolorze butelkowej zieleni foteli lub kanapy w tym samym deseniu. Sama skierowała się w stronę barku, gdzie na srebrnej tacy stały dwa kieliszki. Jednym machnięciem różdżki wyciągniętej zza pasa spódnicy pozbyła się korka.
— W czym mogę pomóc? — zapytała, rozlewając biały trunek do kieliszków niemalże po sam szczyt — Przyłapali cię z dragami na nokturnie? Chcesz sobie dorobić na boku bez przypału? Tylko nie mów... — urwała, podając mu kieliszek — ...że jesteś oskarżony o molestowanie podwładnej, bo wylecisz stąd oknem. Najbardziej na świecie nienawidzę mężczyzn, którzy wykorzystują swoją pozycję dla wątpliwych moralnie uciech.
Upiła duży łyk wina, zerkając w tym czasie niby przypadkiem w stronę dwóch mugolskich szabli wiszących nad kominkiem.
Do tego bardzo mściwej, bowiem cały ten strój klauna - jak określała w myślach swoje ubranie - włożyła tylko po to, by utrzeć nosa wścibskiej sąsiadce, stale wypytującej ją o plany matrymonialne. Kilka dni wcześniej, zaczepiona przez nią przed wejściem do kamienicy, z udawaną troską komentując, że taka kobieta jak ona nie znajdzie sobie żadnego mężczyzny. Nie dowiedziała się, co miała na myśli, mówiąc taka, ale Severine miała wystarczająco kiepski dzień, by wybrać przemoc. Obiecała więc sobie, że baba się zesra.
W tym celu zamierzała niejako wykorzystać do tego Desmonda. Ot, taki mały niewinny żart, w który wplątała przyjaciela brata. Właśnie poprawiała niesforny kosmyk włosów, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Jej wzrok natychmiast zatrzymał się na tarczy zegara, który wyprosiła z rodzinnego domu (odrobiną krzyków, płaczu i gróźb) i ze zdumieniem pomieszanym z podziwem stwierdziła, że młody Malfoy jest niezwykle punktualny. Otworzyła mu drzwi z przećwiczonym uśmiechem numer cztery (zwanym również "udawana radość z udawanej niespodzianki"), po czym rzuciła się młodzieńcowi na szyję. Ponad jego ramieniem dostrzegła, jak drzwi naprzeciwko się uchylają, a spomiędzy nich błyska łańcuch oraz para ciekawskich ślepiów.
— Ach, Desmondzie! Ależ nie musiałeś! — krzyknęła ostentacyjnie na widok kwiatów, po czym złożyła pocałunek na jego policzku, zostawiając na jego skórze czerwony ślad. Wciągnęła gościa do środka, zamknęła drzwi na kilka zamków, po czym wstawiła kwiaty do stojącego na komodzie w przedpokoju wazonu, niewątpliwie już przygotowanego. — Ha! Szkoda, że nie widziałeś miny, tej starej jędzy!
Roześmiała się, tym razem szczerze i podała Desmondowi chusteczkę. Sama przejęła od niego butelkę wina i poprowadziła go do salonu, gdzie wskazała mu jeden z dwóch obitych pluszem w kolorze butelkowej zieleni foteli lub kanapy w tym samym deseniu. Sama skierowała się w stronę barku, gdzie na srebrnej tacy stały dwa kieliszki. Jednym machnięciem różdżki wyciągniętej zza pasa spódnicy pozbyła się korka.
— W czym mogę pomóc? — zapytała, rozlewając biały trunek do kieliszków niemalże po sam szczyt — Przyłapali cię z dragami na nokturnie? Chcesz sobie dorobić na boku bez przypału? Tylko nie mów... — urwała, podając mu kieliszek — ...że jesteś oskarżony o molestowanie podwładnej, bo wylecisz stąd oknem. Najbardziej na świecie nienawidzę mężczyzn, którzy wykorzystują swoją pozycję dla wątpliwych moralnie uciech.
Upiła duży łyk wina, zerkając w tym czasie niby przypadkiem w stronę dwóch mugolskich szabli wiszących nad kominkiem.