Nie chciała na niego patrzeć, nie chciała widzieć w jego oczach wściekłości, żalu, ani obrzydzenia. Czuła się winna temu, że nie była ostrożna, że nie zabezpieczyła się w odpowiedni sposób, bo w końcu to ona była w ciąży. Nie chciała być desperatką, która skłania nieświadomych mężczyzn do płacenia alimentów, albo do wyciągania z nich jakichkolwiek pieniędzy. Gdyby chciała usunąć to dziecko zrobiłaby to bez jego wiedzy, ale chciała, aby to on miał też wybór. Była w stu procentach pewna, że płód, który się w niej rozwijał należał też do niego, ponieważ on w ostatnim czasie był jej jedynym. Nie potrafiła patrzeć na innych mężczyzn, ponieważ każdemu brakowało tego czegoś, co posiadał w sobie Perseus. To jego oczy widziała tuż przed zaśnięciem, to jego dotyk śnił się jej, gdy tylko udało jej się wpaść w objęcia Morfeusza, to jego wyobrażony szept przy uchu budził ją o poranku. Teraz wszystko wisiało nad przepaść usłaną ostrymi skałami na małym włosku. Wszystko mogło się roztrzaskać i zniszczyć jej życie kawałek po kawałku. Nie zniosłaby odrzucenia z jego strony, ponieważ przyzwyczaiła się do tego, że to ona porzuca mężczyzn, gdy robi się dla niej niebezpiecznie. Teraz spóźniła się i jej los był w jego rękach.
Nie chciała na niego patrzeć, ale jej wzrok mimowolnie wpatrywał się w jego twarz, jego ciało, jego dłonie. Obserwowała go, choć nie chciała, choć się bała. I wtedy w jej sercu pojawiła się nadzieja, jej serce zwolniło, rozlało ciepło po jej piersi, gdy on posłał jej ten uśmiech. Wiedziała, że będzie dobrze. Chyba, że był lepszym manipulatorem niż ona, chyba, że to było złudzenie, wizja tego, co chciała zobaczyć. Zostanie sama, porzucona i na wieczność będzie skazana na potępienie ze strony swojego ojca. Stanie się tą gorszą, niszczącą wszystko, co tylko dotknie. Jego palce na jej policzku przyniosły ukojenie. Jak zimny okład na oparzenie, jak woda, gdy jest się spragnionym. Był jej wodą, która koiła wszystkie rany. Cicho westchnęła, ale jej dłonie nadal drżały ze stresu. Odwzajemniła jego uścisk zamykając oczy. Był przy niej. Nie sądziła, że tak brakowało jej jego dotyku, jego ramion i szeptu. Jego zapachu. Objęła go mocno czując jak jej ciało drży.
Odsunęła się od niego w końcu, gdy zaproponował rozmowę. W końcu po to tu przyszła. Usiadła na kanapie i spojrzała na swoje drżące dłonie.
Cholera! Uspokój się!
– Co… zrobimy? – nie chciała mu mówić od razu, czy chce dziecko, czy go nie chce. Chciała jego decyzji, bo sama nie wiedziała, co ma myśleć. To wszystko było na tyle pogmatwane, że jej dotychczasowa pewność siebie wyparowała, uleciała w eter pozostawiając tylko obawy i niepewność.