26.08.2023, 03:04 ✶
Nie rozumiała tego ni w ząb. Przypominało to trochę wspomnienia Derwina – ale tylko trochę, bo nie czuła żadnych emocji z nimi związanych, żadnych myśli, po prostu… widziała, zupełnie jakby przeszła się do mugolskiego kina i oglądała film. Tylko tyle i aż tyle.
To się nie przydarzało – nie miała takiej mocy, by zaglądać w przeszłość, mogła ją co najwyżej – i to w mocno ograniczonym zakresie – wywąchać oraz wyczytać z pozostawionych śladów. A jednak… jednak. Znów się to stało, gdy na znak dany przez Brennę, iż zagrożenie nie jest widoczne, zdecydowała się ruszyć za nią.
Mrugnięcie.
Przed chwilą widziała atrium nagryzione mocno przez ząb czasu, a teraz nagle patrzyła na wnętrze w czasach jego świetności. Heinzel, Howard…
Mrugnięcie.
I nawet jakimś cudem przestała boleć głowa – choć tyle, bo dzięki temu trochę łatwiej się myślało, ale atmosfera wciąż wręcz dusiła. A że zimno…? Czy Bones mogło być jeszcze bardziej zimno niż już było, od feralnego Beltane…?
Kim jesteś? – już miała pytać, do kogo dokładnie siostra mówiła. Wszak w oczy nie rzucała się żadna ludzka sylwetka, nie, gdy rozglądała się po atrium, aż w końcu… gdzie patrzyła Brenna? Podążyła za jej spojrzeniem, w milczeniu. Ach...
- Wcześniej był pokład. Teraz… teraz widziałam to miejsce, ale niezniszczone, było wspaniałe – odparła cicho na zadane pytanie. Tak. Część artystycznej duszy Mavelle doceniała takie detale – zdobiona boazeria, kolumny, jeszcze ta posadzka… - Heinzel, James Howard, mówi wam to coś? – spytała po krótkiej chwili. Jak bardzo były rozrzucone ich wizje? Brenna widziała aurora. Ona – teraz chyba Heinzela (postronnego, bezimiennego jeszcze obserwatora?), a Bulstrode…? Wcześniej mówił o kobietach, a teraz – o ile w ogóle było jakieś „teraz” – znów je ujrzał czy może coś innego…?
- Chyba nie myślisz, że pójdziesz sama? – uśmiechnęła się, niewesoło, spoglądając na Brennę. Bo prędzej morze, na którym właśnie przebywali wyschłoby i przeobraziło się w góry niż Mav pozwoliła, by Longbottom szlajała się sama po tm przeklętym miejscu.
Musiała iść. Nie tylko z powodu kuzynki – ale również i z powodu tych wszystkich ludzi, którzy zostali na pokładzie.
To się nie przydarzało – nie miała takiej mocy, by zaglądać w przeszłość, mogła ją co najwyżej – i to w mocno ograniczonym zakresie – wywąchać oraz wyczytać z pozostawionych śladów. A jednak… jednak. Znów się to stało, gdy na znak dany przez Brennę, iż zagrożenie nie jest widoczne, zdecydowała się ruszyć za nią.
Mrugnięcie.
Przed chwilą widziała atrium nagryzione mocno przez ząb czasu, a teraz nagle patrzyła na wnętrze w czasach jego świetności. Heinzel, Howard…
Mrugnięcie.
I nawet jakimś cudem przestała boleć głowa – choć tyle, bo dzięki temu trochę łatwiej się myślało, ale atmosfera wciąż wręcz dusiła. A że zimno…? Czy Bones mogło być jeszcze bardziej zimno niż już było, od feralnego Beltane…?
Kim jesteś? – już miała pytać, do kogo dokładnie siostra mówiła. Wszak w oczy nie rzucała się żadna ludzka sylwetka, nie, gdy rozglądała się po atrium, aż w końcu… gdzie patrzyła Brenna? Podążyła za jej spojrzeniem, w milczeniu. Ach...
- Wcześniej był pokład. Teraz… teraz widziałam to miejsce, ale niezniszczone, było wspaniałe – odparła cicho na zadane pytanie. Tak. Część artystycznej duszy Mavelle doceniała takie detale – zdobiona boazeria, kolumny, jeszcze ta posadzka… - Heinzel, James Howard, mówi wam to coś? – spytała po krótkiej chwili. Jak bardzo były rozrzucone ich wizje? Brenna widziała aurora. Ona – teraz chyba Heinzela (postronnego, bezimiennego jeszcze obserwatora?), a Bulstrode…? Wcześniej mówił o kobietach, a teraz – o ile w ogóle było jakieś „teraz” – znów je ujrzał czy może coś innego…?
- Chyba nie myślisz, że pójdziesz sama? – uśmiechnęła się, niewesoło, spoglądając na Brennę. Bo prędzej morze, na którym właśnie przebywali wyschłoby i przeobraziło się w góry niż Mav pozwoliła, by Longbottom szlajała się sama po tm przeklętym miejscu.
Musiała iść. Nie tylko z powodu kuzynki – ale również i z powodu tych wszystkich ludzi, którzy zostali na pokładzie.