26.08.2023, 06:14 ✶
Fakt że się słyszeli był, cóż, pokrzepiający, chociaż Bulstrode posiadał jakieś dziwne, świeżbiące za kołnierzem przeczucie, że w najbardziej istotnym momencie ta droga komunikacji zaniknie. Nie wynikało go z niczego konkretnego co do tej pory napotkali, a raczej ze zwykłej myśli, że tak właśnie działo się we wszelkiego rodzaju historiach, a ten ponury statek aż prosił się o tego typu dramatyzm.
Atreus sięgnął dłonią, łapiąc w nią różdżkę i unosząc ją ku górze by oświetlić sobie wnętrze atrium, kiedy zdecydowali się wszyscy we trójkę w nie zagłębić. Pomieszczenie przywitało ich kolejną wizją, tak samo w jego mniemaniu bezużyteczną jak poprzednia, a kiedy minęła, jego wzrok zwyczajnie znowu czujnie obiegł pomieszczenie, ostatecznie wspinająć się ku górze, ku balustradzie, gdzie mignął niewielki cień.
- Dziewczyna którą widziałem mówiła, że jest pewna że James się jej oświadczy. Imię się zgadza, może to ten sam typ. Ona miała na imię Marianne i wydawała się przekonana, że ten ją kocha - mimowolnie wydął wargi z wyraźnym powątpiewaniem. Miał zbyt duże doświadczenie w zachowaniu, które mogło powodować podobne zapewnienia, by tak zwyczajnie w to uwierzyć. - Ale jej matka nie wydawała się tym zbyt przekonana. Brzmiała nawet nieco groźnie, chociaż nieco trywialnie w porównaniu z atmosferą tego miejsca - skomentował jakby nigdy nic, przyglądając się boazerii i mimowolnie ubolewając nad faktem, jak potraktował ją czas.
Kiedy wreszcie zdecydowały się ruszyć dalej, nie powiedział nic, wyraźnie bez oporów ruszając ich śladem. Chciałby w swoim zachowaniu kierować się szlachetnymi pobudkami, jak chęć zapewnienia w ten sposób bezpieczeństwa omdlałym na pokładzie, albo zapewnienia sobie tym samym ciekawego osiągnięcia dla podbudowania kariery. Zamiast tego jednak czuł tylko irytuącą potrzebę zapewnienia bezpieczeństwa osobie, która jako pierwsza z ich trójki pchała się właśnie po schodach.
Atreus sięgnął dłonią, łapiąc w nią różdżkę i unosząc ją ku górze by oświetlić sobie wnętrze atrium, kiedy zdecydowali się wszyscy we trójkę w nie zagłębić. Pomieszczenie przywitało ich kolejną wizją, tak samo w jego mniemaniu bezużyteczną jak poprzednia, a kiedy minęła, jego wzrok zwyczajnie znowu czujnie obiegł pomieszczenie, ostatecznie wspinająć się ku górze, ku balustradzie, gdzie mignął niewielki cień.
- Dziewczyna którą widziałem mówiła, że jest pewna że James się jej oświadczy. Imię się zgadza, może to ten sam typ. Ona miała na imię Marianne i wydawała się przekonana, że ten ją kocha - mimowolnie wydął wargi z wyraźnym powątpiewaniem. Miał zbyt duże doświadczenie w zachowaniu, które mogło powodować podobne zapewnienia, by tak zwyczajnie w to uwierzyć. - Ale jej matka nie wydawała się tym zbyt przekonana. Brzmiała nawet nieco groźnie, chociaż nieco trywialnie w porównaniu z atmosferą tego miejsca - skomentował jakby nigdy nic, przyglądając się boazerii i mimowolnie ubolewając nad faktem, jak potraktował ją czas.
Kiedy wreszcie zdecydowały się ruszyć dalej, nie powiedział nic, wyraźnie bez oporów ruszając ich śladem. Chciałby w swoim zachowaniu kierować się szlachetnymi pobudkami, jak chęć zapewnienia w ten sposób bezpieczeństwa omdlałym na pokładzie, albo zapewnienia sobie tym samym ciekawego osiągnięcia dla podbudowania kariery. Zamiast tego jednak czuł tylko irytuącą potrzebę zapewnienia bezpieczeństwa osobie, która jako pierwsza z ich trójki pchała się właśnie po schodach.