Laurent naprawdę długo medytował, myślał, kombinował i modlił się nad papeterią przy stole w jadalni. Nawet nie przy swoim biurku, gdzie listy pisał i gdzie zasiadała wtedy Nieve z tym swoim spojrzeniem, jakby była wiecznie zdenerwowanym ptakiem. Nie była, tylko robiła takie wrażenie. W pewnym momencie siedzenia nawet już na papeterii leżał. Moment wysłania do Atreusa listu był w pewnym stopniu przełomowy, no bo skoro on nie miał pomysłu, JAK powiedzieć o tym Florence to może kuzyn będzie miał! W końcu był z nią bliżej! Tak przynajmniej myślał, że był bliżej, siłą rzeczy. Niestety Atreus nie okazał się rycerzem na białym rumaku i tylko potwierdził dokładnie to, o czym Laurent myślał - żeby listu nie wysyłać wcale. Problem był taki, że nie zamierzał tego nie zgłaszać. Gdyby może Brenna nie brała w tym udziału, to może..? Ale pewnie też nie. Bałby się. Zresztą teraz siedział tutaj i nie wiedział, dlaczego się nie boi. Wszystko było zupełnie surrealistyczne, a jego największym zmartwieniem z jakiegoś powodu było to, że Florence się na niego zdenerwuje. Że narobił kolejnej głupoty, nabroił i teraz przyjdzie mu zbierać zasłużone zresztą lanie. Ukrywanie tego, co się stało, niestety tym razem nie wchodziło w grę, bo nie wierzył w to, że Flroence by się nie dowiedziała. Zresztą - obiecał jej. Obiecał jej, że jej powie, jeśli coś się będzie działo, co prawda nie była ta noc związana nijak z jego przeszłością, ale nadal czułby się jak kłamca i oszust. Tak, widzicie, właśnie to były teraz największe zmartwienia blondyna. Alexander patrzył na Laurenta i zupełnie nie rozumiał, co się dzieje. Zaglądał tu co jakiś czas, ale głównie poszedł się zająć biznesem. Laurent nawet nie próbował protestować tym razem. Tak więc przyszedł moment, że ciężko westchnął i posłał ten list. Kiedy odpowiedź otrzymał, kompletnie rozłożył już ręce, poszedł się skulić na kanapę, zakrył kocem po nos i zwinięty czekał na sądny dzień, który nieubłaganie nadciągał. Och, jak go stresował upływ minut!
W końcu kominek buchnął zielonym płomieniem i Florence pokazała się w jego domu. W jego salonie zresztą, przy którym to kominku, pod kocem, nieszczęśliwy Laurent się wygrzewał. A był bardzo nieszczęśliwy, bo obolały, zmęczony i zestresowany wizytą kuzynki. Kiedy się pojawiła podniósł się powoli i ostrożnie z kanapy, ale nawet nie wstawał. Patrzył tylko na nią jak taki szczeniak. Wymizerniały, blady, zmęczony szczeniak z bandażem na gardle, żeby nie było widać siniaków. Nawet nie zdążył się dobrze zebrać na grzeczne "dzień dobry", jak list został mu pokazany i objawiony. Jak ten szczeniak smętnie opuścił wzrok.
- Dobry wieczór. - Jego głos brzmiał już zdecydowanie lepiej niż jeszcze nocą, nawet niż tych kilka godzin temu. - To... ehm... - Tak samo jak nie wiedział, jak napisać o tym w liście, tak samo nie wiedział, jak powiedzieć jej o tym teraz. Sytuacja była dla niego niekomfortowa i nawet nie próbował tego ukrywać, zaciągając rękawy swetra na dłonie i wędrując wzrokiem wszędzie tylko nie do Florence. Było oczywiste, że szuka słów, bo przez tę godzinę nie znalazł, jak NAJDELIKATNIEJ i najlepiej dookoła tematu o tym powiedzieć. Niestety o seryjnym mordercy, który cię dusił, dźgał nożem i rzucał zaklęciami nie dało się powiedzieć zbyt delikatnie. - ... nic takiego... - wymamrotał pod nosem, czując wręcz ciepło na policzkach. A jak już to zdanie się wydobyło z jego ust to wręcz sam tego pożałował i strzelił oczami w kierunku Florence. - Już się mną zajęli, nic mi nie jest, naprawdę. - Uniósł dłoń przed siebie, jakby chciał tym cokolwiek udowodnić i ją do tego przekonać. Po części to była prawda.