06.11.2022, 23:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2023, 19:41 przez Florence Bulstrode.)
- Cholera jasna - podsumowała Florence, widząc dwie osoby wtaczające się na oddział. A skoro sytuacja wywołała w niej taką reakcję, musiało być bardzo źle: wszak właśnie minął ją zataczający się, zielony na twarzy mężczyzna (trzecie piętro - rzuciła do niego, na wypadek, gdyby na dole niepokierowano go właściwie) i ktoś, kto wyglądał jak piękny przypadek smoczej ospy (tego ominęła szerokim łukiem, paskudztwo było bardzo zaraźliwe, oby na drugim piętrze szybko wsadzono go do izolatki). I nawet nie zmieniła wyrazu twarzy, kiedy ich zobaczyła.
Za to ta dwójka?
To nie wyglądało na jakiś głupi wypadek.
Atak. Kolejny atak...
O ile Florence do Voldemorta mogłaby być nastawiona dość neutralnie, a pewne postulaty nawet odpowiednio sprzedane uznać nie do końca za tak szalone, to takie sceny gwałtownie przesuwały (i miały przesuwać coraz bardziej) Bulstrode z osi neutralności w stronę "nienawidzę tego gada". Nie dość, że ot tak napadał sobie ludzi na ulicach, to jeszcze dokładał jej i innym uzdrowicielom pracy.
- Połóż go tutaj - zarządziła tonem nieznoszącym sprzeciwu, wskazując na rząd krzeseł w poczekalni. Dwie osoby, siedzące w pobliżu, czekające na swoją kolej, pierzchły, choć było tam dość miejsca i dla nich: jak gdyby się bały, że bliskość rannego w jakiś sposób skazi i ich. Z drugiej strony trudno było się dziwić, widok nie należał do zbyt przyjemnych. Usadowiwszy się po drugiej stronie pomieszczenia, zerkały teraz ku nim, wyraźnie zaintrygowane całą sceną.
Sama Florence, po tym pierwszym przekleństwie, na które sobie pozwoliła, nie okazywała już zdenerwowania. Podbiegła do Theseusa, by pomóc mu położyć mężczyznę, upewniając się, że ten nie zleci z tego prowizorycznego posłania na podłogę i przebiegła wzrokiem po jego ciele, szukając najpoważniejszych obrażeń. Od razu przystąpiła do działania i planowania najbliższych posunięć.
- Sarah! Proszę, niech mi przyślą z góry stażystę! Będziemy też pewnie musieli zawiadomić BUM - zawołała do recepcjonistki. Rannego trzeba było przetransportować na czwarte piętro, bo wyglądało na to, że to dokładnie "ich" działka: urazy pozaklęciowe, może także klątwa. Ale obrażeń było zbyt wiele i jeden rzut oka wystarczył Florence, aby ocenić, że pomocy trzeba było udzielić natychmiast. Rany po poparzeniach, skutek zaklęcia ogłuszającego, tym mogła zająć się na górze, ale rana na udzie... Jeśli poszła tętnica... Nie, jeżeli poszła tętnica, to prawdopodobnie nie dotarłby tutaj żywy.
- Ty też siadaj. Przecież zaraz się przewrócisz, nie będę cię zbierała z podłogi - zażądała, tym samym, nakazującym tonem, pozwalając sobie na jeden, szybki rzut oka na Theseusa. Wyglądało na to, że jego też trafiło jakieś paskudne zaklęcie i na skutek adrenaliny chyba nawet tego nie zauważył. Sama uzdrowicielka pochyliła się nad rannym, pośpiesznie machając różdżką i zajmując się hamowaniem krwotoku. Po chwili znikąd pojawiły się bandaże, otaczając udo: rana została mniej więcej zasklepiona, ale mogła jeszcze otworzyć się podczas transportu na górę.
Po tej operacji zabrała się za badanie pulsu. Słaby, ale regularny, dobrze, stan był ciężki, ale przynajmniej chwilowo stabilny. Potem uniosła powieki, zaglądając w oczu. "Zaklęcie ogłuszające" powiedział Theseus, ale musiała zakładać, że równie dobrze była to jakaś paskudna klątwa. A może i oba na raz. Flo zdążyła nauczyć się, że doraźnie wydanym diagnozom nigdy nie wolno ufać. Różdżka znów się poruszyła, kiedy Florence tak na wszelki wypadek użyła finite incantem, aby zakończyć ewentualnie skutki słabszych klątw, jeżeli jakieś ciążyły na jej pacjencie.
- Co dokładnie się stało? Zostaliście zaatakowani? Mamy zawiadomić funkcjonariuszy? - spytała, dalej tym opanowanym tonem, jakiego zwykle starała się używać wobec pacjentów w takich sytuacjach, ani na moment nie unosząc głowy i nie przerywając oględzin. Mężczyzna oddychał, oczy zareagowały, gdy zaświeciła mu lumos w twarz, był jednak bardzo blady i na pewno stracił dużo krwi. Reakcja źrenic oraz kolejne zaklęcie skanujące nie wykazywały przynajmniej żadnych poważnych obrażeń głowy.
Za to ta dwójka?
To nie wyglądało na jakiś głupi wypadek.
Atak. Kolejny atak...
O ile Florence do Voldemorta mogłaby być nastawiona dość neutralnie, a pewne postulaty nawet odpowiednio sprzedane uznać nie do końca za tak szalone, to takie sceny gwałtownie przesuwały (i miały przesuwać coraz bardziej) Bulstrode z osi neutralności w stronę "nienawidzę tego gada". Nie dość, że ot tak napadał sobie ludzi na ulicach, to jeszcze dokładał jej i innym uzdrowicielom pracy.
- Połóż go tutaj - zarządziła tonem nieznoszącym sprzeciwu, wskazując na rząd krzeseł w poczekalni. Dwie osoby, siedzące w pobliżu, czekające na swoją kolej, pierzchły, choć było tam dość miejsca i dla nich: jak gdyby się bały, że bliskość rannego w jakiś sposób skazi i ich. Z drugiej strony trudno było się dziwić, widok nie należał do zbyt przyjemnych. Usadowiwszy się po drugiej stronie pomieszczenia, zerkały teraz ku nim, wyraźnie zaintrygowane całą sceną.
Sama Florence, po tym pierwszym przekleństwie, na które sobie pozwoliła, nie okazywała już zdenerwowania. Podbiegła do Theseusa, by pomóc mu położyć mężczyznę, upewniając się, że ten nie zleci z tego prowizorycznego posłania na podłogę i przebiegła wzrokiem po jego ciele, szukając najpoważniejszych obrażeń. Od razu przystąpiła do działania i planowania najbliższych posunięć.
- Sarah! Proszę, niech mi przyślą z góry stażystę! Będziemy też pewnie musieli zawiadomić BUM - zawołała do recepcjonistki. Rannego trzeba było przetransportować na czwarte piętro, bo wyglądało na to, że to dokładnie "ich" działka: urazy pozaklęciowe, może także klątwa. Ale obrażeń było zbyt wiele i jeden rzut oka wystarczył Florence, aby ocenić, że pomocy trzeba było udzielić natychmiast. Rany po poparzeniach, skutek zaklęcia ogłuszającego, tym mogła zająć się na górze, ale rana na udzie... Jeśli poszła tętnica... Nie, jeżeli poszła tętnica, to prawdopodobnie nie dotarłby tutaj żywy.
- Ty też siadaj. Przecież zaraz się przewrócisz, nie będę cię zbierała z podłogi - zażądała, tym samym, nakazującym tonem, pozwalając sobie na jeden, szybki rzut oka na Theseusa. Wyglądało na to, że jego też trafiło jakieś paskudne zaklęcie i na skutek adrenaliny chyba nawet tego nie zauważył. Sama uzdrowicielka pochyliła się nad rannym, pośpiesznie machając różdżką i zajmując się hamowaniem krwotoku. Po chwili znikąd pojawiły się bandaże, otaczając udo: rana została mniej więcej zasklepiona, ale mogła jeszcze otworzyć się podczas transportu na górę.
Po tej operacji zabrała się za badanie pulsu. Słaby, ale regularny, dobrze, stan był ciężki, ale przynajmniej chwilowo stabilny. Potem uniosła powieki, zaglądając w oczu. "Zaklęcie ogłuszające" powiedział Theseus, ale musiała zakładać, że równie dobrze była to jakaś paskudna klątwa. A może i oba na raz. Flo zdążyła nauczyć się, że doraźnie wydanym diagnozom nigdy nie wolno ufać. Różdżka znów się poruszyła, kiedy Florence tak na wszelki wypadek użyła finite incantem, aby zakończyć ewentualnie skutki słabszych klątw, jeżeli jakieś ciążyły na jej pacjencie.
- Co dokładnie się stało? Zostaliście zaatakowani? Mamy zawiadomić funkcjonariuszy? - spytała, dalej tym opanowanym tonem, jakiego zwykle starała się używać wobec pacjentów w takich sytuacjach, ani na moment nie unosząc głowy i nie przerywając oględzin. Mężczyzna oddychał, oczy zareagowały, gdy zaświeciła mu lumos w twarz, był jednak bardzo blady i na pewno stracił dużo krwi. Reakcja źrenic oraz kolejne zaklęcie skanujące nie wykazywały przynajmniej żadnych poważnych obrażeń głowy.