Przez moment Laurent się zastanawiał nad jej prostym "wiem", kiedy oznajmił, że bardzo lubi taką modę. Nie chodziło o to, że dziwiło go to, że pamiętała taką pierdołę ani o to, że nie był pewien, czy kiedyś wspominał. Na pewno wspominał przy okazji słania jej komplementów. Dzisiaj zresztą i tak był to komplement bardzo oszczędny, bo tak, w zasadzie to niemal stał na palcach koło tych drzwi.
Nie należał do ludzi niecierpliwych, wręcz przeciwnie - miał naprawdę mnóstwo cierpliwości i wyrozumiałości niemal do wszystkiego. Jednak takie sytuacje jak ta, które budowały w nim stres, niepokój, kiedy musiał skupić się na tym, żeby przekonywać się, że nic złeg się nie stanie tą cierpliwość uszczuplały bardzo sprawnie. Laurent mógł stanąć naprzeciwko smoka czy chimery i je obłaskawiać, ale nie mógł stawać naprzeciwko czarnoksiężników czy duchów i walczyć z nimi mężnie. Paraliżowało go to. Chociaż duchów samych w sobie się nie bał i w zasadzie to lubił z nimi pogawędzić. Miewały przecież tyle ciekawych historii do opowiedzenia. Jego zastanowienie nad tym prostym "wiem" dotyczyło właśnie tego, że nie miała na sobie niczego, a nad morzem zawsze było o wiele chłodniej niż w Londnie. Trwało to jednak sekundę, może dwie, nim porzucił te myśli. Zimna. Mówiła, że ciągle czuje zimno. Więc pewnie nie odczuwała temperatury jak każdy inny człowiek, a o tej porze to już i tak było wszystko jedno, bo niewiele osób mogło ją zobaczyć paradującą w takiej kreacji.
- Dziękuję! Migotek przyjdzie odwiedzić Strzałkę, jeśli panienka i panicz pozwolą Migotkowi. - Laurent nie potrafiłby odmówi temu skrzatowi. Chyba że wpadłby na głupi pomysł, ale na takowe skrzat akurat nie wpadał.
- Nie ma problemu. Kiedy tylko zechcesz. - Powoli, rok po roku, skrzat uczył się pewnej swobody. Tego, że nie musi sobie przypalać żelazkiem uszu, ani przyciskać palców, jeśli źle zrobi, a nawet istnieje coś takiego jak zawiązywanie znajomości - i to też mógł! Skrzaty były jak bardzo trudni pacjenci z syndromem Sztokholmskim, którym trzeba tłumaczyć, że mogą być sobą i nie ma w tym zupełnie niczego strasznego. To tłumaczenie nie zajmowało dnia, tygodnia, a nawet nie miesiąca. Migotek podziękował i zniknął w kuchni, żeby herbatę przygotować. Nie trzeba było długo czekać, kiedy rozmawiali, albo konkretniej - kiedy Laurent wszystko tłumaczył - żeby skrzat pokazał się z zastawą, którą magicznie ułożył na stoliku.
- Nie jestem pewny... a wyjaśniono ci wtedy dokładnie proces? - Można obserwować sesję, ale jak się nie dostało wyjaśnień to w zasadzie i tak nie rozumie się, na co się patrzy. Na połączenie z duchem rozmowę, monolog w zasadzie, tyle. Druga osoba mogła coś od siebie dodawać, tyle. Nie żeby potrzebne w tym było jakieś doświadczenie, skoro było się osobą, dla której sesja była przygotowywana. Obrócił twarz w jej kierunku, kiedy wypowiedziała jego imię, spoglądając na nią tymi swoimi wielkimi, morskimi oczami. I uśmiechnął się. - Wiem. - Odpowiedział spokojniejszym głosem na jej zapewnienie, że gdyby działo się cokolwiek to go obroni. Obroni ich. - Podziękujesz, jeśli będzie to jakkolwiek wartościowe. Mam nadzieję, że będzie. - Bo jeśli okaże się że w zasadzie po kiju to wszystko no to... no to trudno. Przynajmniej próbowali, prawda? - Nie krępuj się z herbatą, ale ja podziękuję. - Nie chciał przedłużać tej chwili nawet o jedną minutę. Ściągnął okulary, położył je na stoliku, usiadł na miejscu w siadzie skrzyżnym i poruszył różdżką, żeby rozpalić kadzidło i świece. Wziął głęboki wdech, opierając dłonie na kolanach. Skupił spojrzenie na pierścieniu. W końcu zamknął oczy.
Cisza przeciągała się. Minuty upływały wraz z dymem unoszącym się z szyjki czajniczka, albo i nawet już samej filiżanki, jeśli Victoria swoją napełniła. Zapach kadzideł i specyficzna woń specjalnych świec wypełniła pomieszczenie, oddech Laurenta stał zupełnie spokojny i gdyby nie jego zmarszczone brwi to sprawiałby wrażenie spokojnego. Sięgał do Limbo. Sięgał po duszę związaną z pierścionkiem - rzeczą chyba bardzo osobistą? Może nawet był to pierścionek zaręczynowy. Laurent napinał mięśnie i niemal widać były żyły na jego skroniach, kiedy wysilał się do granic, żeby złapać kontakt z ciągle umykającą go istotą po drugiej stronie zasłony.
*rytuał z użyciem świec przygotowanych przez postać gracza
Akcja nieudana
Slaby sukces...
Akcja nieudana