26.08.2023, 15:56 ✶
Nie, to nie była wina Laurenta, że został obrany na cel - być może całkowicie przypadkowy - przez psychopatę. Zrzucanie odpowiedzialności na ofiarę w takiej sytuacji było ostatnim co powinien robić ktokolwiek. Ale Florence na razie nie wiedziała jeszcze, jaki "mały wypadek" spotkał jej krewnego, gdzie się to stało, kto go napadł. Nie miała pojęcia, że Prewett po prostu grzecznie położył się do łóżka, a potem obudził się obolały, obity, w pościeli uwalanej jego krwią.
A co do madame Fontaine? Florence otaczali aurorzy, a jej matkę z kolei - osoby, które wymiar sprawiedliwości napotykały raczej... od tej drugiej strony. Pytanie tu, zdanie tam i tak prostą informację Bulstrode mogła uzyskać dość szybko, zasłaniając się sprawą pacjenta, który trafił do szpitala. (Nawet nie skłamała. Laurent był pacjentem, trafił do szpitala, groziło mu niebezpieczeństwo.) I nie, nikomu nie zdradziła jego sekretu, chociaż tutaj może należałoby zaznaczyć, że nie zrobiła tego "na razie". Bo przecież jeżeli napaści miałyby się powtarzać, dotrzymanie obietnicy nie byłoby ważniejsze niż jego życie i bezpieczeństwo.
I między innymi dlatego chciała się dowiedzieć, czy ten wypadek miał cokolwiek wspólnego z tym poprzednim.
Najpierw Florence przeniknął chłód, gdy padło hasło "morderca, którego sprawą zajmują się aurorzy". Bo o ile ostatnio Laurenta chciano nastraszyć, tam tym razem - zamordować. A potem jej ciemne brwi powędrowały do góry, kiedy Prewett kontynuował: morderca atakuje we śnie. Nikt się nie włamał, to mi się po prostu śniło.
Chyba gdyby młodzieniec nie powołał się na Brygadzistkę, Florence faktycznie uznałaby, że na skutek eliksirów i obrażeń, Laurent majaczył. I tak podobna myśl przyszła jej do głowy, bo chociaż w swojej pracy stykała się z najróżniejszymi obrażeniami, a niektóre z nich powstały w okolicznościach, które zdawały się niemożliwe... To przecież obrażenia powstające w snach były... absurdalne wręcz.
Florence nie okazała jednak niedowierzania. Przetwarzała uzyskane informacje. Skoro prowadzono sprawę... Skoro prowadzono sprawę, być może nie były to majaki. Bo nie, nie zakładała, że Laurent kłamie - wiedziała, że miewał skłonności do manipulacji, ale szczerze wątpiła, by próbował raczyć ją bajeczkami w tak poważnej sprawie. Musiała zapytać o to Oriona bądź napisać do Patricka: być może któryś z nich będzie wiedział więcej.
Wciąż się nie poruszała. Siedziała wyprostowana, nieco sztywno, z dłońmi splecionymi na torbie, ułożonej na jej kolanach.
- Rozumiem, że skoro już to zgłoszono, nie byłeś pierwszy? - zapytała cicho, starając się nie pokazać po sobie nie tylko wątpliwości, ale też wzburzenia. Mały wypadek, na litość Merlina, a obudził się w kałuży krwi? Próbowano go zabić... - Wiesz, dlaczego wybrał ciebie? Jak to w ogóle możliwe, że ktoś... skrzywdził cię w snach? - spytała, marszcząc brwi. Florence znała się na nekromancji znacznie lepiej niż powinien ktokolwiek, przynajmniej wedle przepisów obowiązujących w Anglii, a nie znała zaklęcia ani klątwy, które mogłyby wywołać taki efekt.
A co do madame Fontaine? Florence otaczali aurorzy, a jej matkę z kolei - osoby, które wymiar sprawiedliwości napotykały raczej... od tej drugiej strony. Pytanie tu, zdanie tam i tak prostą informację Bulstrode mogła uzyskać dość szybko, zasłaniając się sprawą pacjenta, który trafił do szpitala. (Nawet nie skłamała. Laurent był pacjentem, trafił do szpitala, groziło mu niebezpieczeństwo.) I nie, nikomu nie zdradziła jego sekretu, chociaż tutaj może należałoby zaznaczyć, że nie zrobiła tego "na razie". Bo przecież jeżeli napaści miałyby się powtarzać, dotrzymanie obietnicy nie byłoby ważniejsze niż jego życie i bezpieczeństwo.
I między innymi dlatego chciała się dowiedzieć, czy ten wypadek miał cokolwiek wspólnego z tym poprzednim.
Najpierw Florence przeniknął chłód, gdy padło hasło "morderca, którego sprawą zajmują się aurorzy". Bo o ile ostatnio Laurenta chciano nastraszyć, tam tym razem - zamordować. A potem jej ciemne brwi powędrowały do góry, kiedy Prewett kontynuował: morderca atakuje we śnie. Nikt się nie włamał, to mi się po prostu śniło.
Chyba gdyby młodzieniec nie powołał się na Brygadzistkę, Florence faktycznie uznałaby, że na skutek eliksirów i obrażeń, Laurent majaczył. I tak podobna myśl przyszła jej do głowy, bo chociaż w swojej pracy stykała się z najróżniejszymi obrażeniami, a niektóre z nich powstały w okolicznościach, które zdawały się niemożliwe... To przecież obrażenia powstające w snach były... absurdalne wręcz.
Florence nie okazała jednak niedowierzania. Przetwarzała uzyskane informacje. Skoro prowadzono sprawę... Skoro prowadzono sprawę, być może nie były to majaki. Bo nie, nie zakładała, że Laurent kłamie - wiedziała, że miewał skłonności do manipulacji, ale szczerze wątpiła, by próbował raczyć ją bajeczkami w tak poważnej sprawie. Musiała zapytać o to Oriona bądź napisać do Patricka: być może któryś z nich będzie wiedział więcej.
Wciąż się nie poruszała. Siedziała wyprostowana, nieco sztywno, z dłońmi splecionymi na torbie, ułożonej na jej kolanach.
- Rozumiem, że skoro już to zgłoszono, nie byłeś pierwszy? - zapytała cicho, starając się nie pokazać po sobie nie tylko wątpliwości, ale też wzburzenia. Mały wypadek, na litość Merlina, a obudził się w kałuży krwi? Próbowano go zabić... - Wiesz, dlaczego wybrał ciebie? Jak to w ogóle możliwe, że ktoś... skrzywdził cię w snach? - spytała, marszcząc brwi. Florence znała się na nekromancji znacznie lepiej niż powinien ktokolwiek, przynajmniej wedle przepisów obowiązujących w Anglii, a nie znała zaklęcia ani klątwy, które mogłyby wywołać taki efekt.