Coś w jej wnętrzu tłumiło się głęboko, gdy przekraczali tego poranka progi rezydencji – ich obecność dzielona na dwoje nie była niczym nader zaskakującym, byli wszak narzeczeństwem już rozciągłość kilku pokaźnych miesięcy; urodziny bliźniąt Yaxley należały naturalnie do spędu, na którym musieli się pojawić niezależnie od tlących się pragnień – Loretta uwielbiała w końcu bale i bankiety, mogła czuć się na ich przestrzeni niczym przysłowiowa ryba w wodzie; towarzystwo rodzeństwa Leandra było jej także miłe i choć nigdy nie nawiązała z nimi głębszej relacji, definitywnie nie pozostawała rozjuszona i rozproszona jak jej ukochany. Już jedno spojrzenie sarnich ocząt wystarczało, aby wyciągnęła chyże, śmiałe wnioski, jakoby młody Yaxley nie chciał zaszczycać swoją książęcą obecnością natrętnie obligatoryjnej imprezy rodzinnej.
Cały dzień, począwszy od przetykanego językami słońca świtu, ustępowała mu i nie wchodziła w paradę, wiedząc, iż swoją osobliwością jedynie go rozjuszy. Obserwowała więc, jak zaciągał się dymem nikotynowym, który prędko torował sobie drogę krtanią do skalanych rozpustą płuc; jak wertował nieposkładanie kartki jednej z ksiąg – prawdopodobnie nie wiedząc nawet, czego dotyczyła treść; jak krążył po połaciach pokoju, nie mogąc nerwowo odnaleźć swojej niszy.
Wzięła głęboki wdech, pozwalając w klatce piersiowej rozgościć się woni papierosowej, którą przesiąkły do cna gęste kotary zasłon, burgundem przysłaniające ostatnie promienie słońca, swoiste pożegnanie przed nieuchronnie zbliżającym się zmierzchem.
Nachylała się ku lustrze, szminkę starannie rozprowadzając po wykrojonych, pełnych wargach. W zgięciu szyi zagościła mile drażniąca, acz nieuporczywa woń bergamotek. Prezentowała się przecież pięknie – długa suknia, spływająca z cienkich ramiączek, które uwydatniały wystające kości obojczyków, umykała rąbkiem na linii połowy łydek; jej kolor – krwisty burgund, który przybierała jedynie podczas kwiecistych okazji, doskonale uwydatniał mleczną barwę skóry.
I już miała się odwracać ku niemu, gdy poczuła bolesny uścisk na swoim ramieniu.
Uniosła wysoko brwi, jednak na jej obliczu na próżno było szukać jakichkolwiek ochłapów, oznak lichego przerażenia. Kąciki jej warg wręcz, drgając nieprzejednanie, po chwili ułożyły się w kpiący uśmiech.
– W tym kontekście, jesteś alfonsem, więc lepiej pilnuj, aby mi cycki nie wyleciały z tej sukienki – odparła z nienaturalnie stoickim spokojem. – Na co czekasz, Yaxley? – zabrzmiała retoryką, łapiąc go w drobne dłonie za nadgarstek, aby po chwili skierować jego smukłe palce na swoją łabędzią szyję.
Trwała tak przez ulotne momenty, aby po chwili ułożyć dłonie na jego policzkach.
Zdając sobie sprawę, jak karczemnie trudny dla Leandra był ten jeden, utkany przez powinności wieczór, nie ciągnęła dalej swojej nikczemnej gry – wzięła z jego dłoni chusteczkę i odwróciwszy się ku lustrze, starła resztę krwistej czerwieni z warg. Pozostawiła je subtelnie zaróżowione, a i ustępstwo to nie zagrało na jej poczuciu estetyki – suknia skąpana w burgundzie dostatecznie ściągała uwagę.
Poprawiła ramiączka ostatnim gestem, po czym odsunęła się od lustra, łapiąc Yaxley’a za dłoń.
– Jesteśmy spóźnieni – rzekła jedynie, kierując się ku drzwiom.
Zeszli po schodach do sali balowej nieprędko, każdym krokiem wybrzmiewając na starych, dębowych schodach. Pomimo nieprzyzwoicie wysokich obcasów, wciąż była niższa od partnera o nieomal pół metra – musiała zatem nadrabiać niebotyczną charyzmą i osobowością. Rozejrzała się – o dziwo, lwia część gości jeszcze się nie pojawiła, jednak w jej oczy prędko wzionął widok jego. Logan Borgin – zdecydowanie nie chciała tracić animuszu i kurażu przez jego towarzystwo, postanowiła więc nie kierować się ku solenizantce, zamiast tego uniosła głowę, badając reakcję Leandra.