Laurent również daleki był od myślenia o zemstach, o planach łapania niebezpiecznego bandziora. Był nawet daleki aktualnie o myślenia o tym, że ten mężczyzna może być tak samo realny jak Florence i że jeśli to był sen, we śnie zaś mógł przybrać potencjalnie dowolną formę, to równie dobrze mógł być kimś, kto regularnie odwiedza New Forest i Laurent dzieli z nim small talki przed popołudniowymi przejażdżkami. Wszystko wydawało się możliwe, kiedy możliwym było wsunięcie się do czyjego snu aby go zabić. Śmierdziało czarną magią na kilometr. Jakimś paskudnym rytuałem - tylko jakim? Zazwyczaj przecież tego typu magia wymagała wielkich poświęceń, częstokroć przedmiotów, które należały do osoby, której chciało się wyrządzić krzywdę. Laurent też wiedział o nekromancji o wiele więcej, niż ktokolwiek go podejrzewał. Nie dlatego, że chciał nią władać. Raczej dlatego, że chciał móc jakkolwiek pomagać.
Tamtego dnia nie działo się nic niezwykłego. Jeśli nie liczyć tego dziwnego przeczucia, które teraz dziwne przestało być. Ktoś ewidentnie patrzył. Ale może wcale nie własnymi oczami? Jeśli ktoś jest w stanie przeniknąć do snu, to może ma też narzędzia widzenia, które pozwalają mu prześledzić czyjeś ruchy, albo spojrzeć na świat w ogóle jego własnymi oczami? Pytania, pytania... stos pytań o absurdalne wydarzenie, które, jak powiedziała Florence na głos, pozostawiło bardzo nie absurdalne bandaże. Dowód na to, że to było, stało się i nie ważne, jak bardzo starać się to ubierać w ładne słówka czy uciekać faktem pozostanie: to była próba zabójstwa. Laurent uważał swoje życie, kiedy już uporał się ze swoimi problemami, za całkowicie poukładane. Owszem, może nie potrafił ustatkować się uczuciowo i ciągle coś chmurzyło jego myśli, ale uważał swoje życie za naprawdę dobre. Niczego mu w zasadzie nie brakowało, a miał takich krewnych, za których większość dałaby się pociąć, albo nawet nie są w stanie sobie ich wymarzyć. Takich, o których zazwyczaj się czyta tylko w książkach, z sercem na rękach. Nie chciał, żeby to wszystko mu się rozpadło przez jego własny strach.
Na pytanie Florence odpowiedziała cisza gasnącego uśmiechu Laurenta, bo z jego umysłu i oczu zaczęła schodzić ta ostatnia nadzieja, że chociaż Florence powie, że to wariactwo. Ale nie powiedziała też, że tak nie jest. Bajzel, burdel - nie uporządkowanie. Świat zaczął płonąć i żeby w nim przetrwać należało się uczyć żyć w płomieniach. Tak, zamierzał to zgłosić i nie było żadnej innej możliwości. Dzisiaj jeszcze się trochę wykuruje, jutro też sobie zrobi wolne, a po tym - kilkudniowe wakacje. Gdzieś wśród ludzi, gdzie nie będzie sam. Gdzie na statku przecież nikt już go nie dosięgnie. Prawda?
Laurent pokiwał smętnie głową w ramach potwierdzenia. Tak, tak, przygotuję pokój... gdzieś tam to do niego dotarło, przebiło się przez meandry myśli, które go pochłaniały. Przez burzę dwóch niezgodnych ze sobą frontów między tym, w co mógł i chciał wierzyć, a tym, w co powinien. Smutna prawda - bo wesołej prawdy w paczce dziś nie zapakowali.
Migotek rzeczywiście przygotował Florence pokój, bo Laurent o to zaraz skrzata poprosił. I wszystko wydawało się być okej, w tym całkowitym spokoju, jakby Laurent znosił wręcz celująco te wydarzenia, bez żadnego stresu, płaczów i krzyków. Dopóki nie nastał wzrok. Zaczęło się może całkiem niepozornie, bo od problemów Laurenta z oddychaniem. Zaczął mieć tak mocną hiperwentylację, że potrzeba było chwili, żeby w końcu jego płuca zaczęły poprawnie pracować. Bardzo gładko przeszło to w histerię, albo raczej - w zasadzie wypadną tejże histerii była. Bo Laurent nie chciał spać. Bał się spać. Bał się tej ciemności i bał się nagle całego świata. Tego samego, który płonął i który nie był sprawiedliwy dla nikogo. Nie patrzył, kogo brał - po prostu uderzał swoimi nieszczęściami.
Uczepiony Dumy, który nie odstępował go od kroku i dłoni Florence w końcu zasnął ze zmęczenia i z pomocą eliksiru nasennego, który przepisał lekarz.
Nie, to zdecydowanie nie miały być spokojne czasy.