Ze wszystkich osób akurat trafił na Victorię Lestrange. Wiedział, że do Atreusa mógłby się zgłosić, ale nawet nie wypadało. Tak jak medyk z twojej rodziny nie powinien się tobą zajmować w szpitalu, bo pod wpływem emocji robi się różne rzeczy, w tym błędy, tak członek rodziny nie powinien zajmować się twoją sprawą. Po prawdzie - znajomi również nie bardzo. Tak uważał Laurent. A jednak się ucieszył. Bo łatwiej było mu wyjść z rzeczami, którymi, prawdę mówiąc, nie podzieliłby się z jakimś człowiekiem, którego nie znał. Z prostej przyczyny - jego słowa były zapisywane, a on musiał dbać o reputację. Swojego nazwiska, które nosił, przede wszystkim. Zależało mu na tym, żeby jednak ojciec i macocha byli dumni, chociaż zadowoleni. Z jednej więc strony wcale nie chciał martwić Victorii, z drugiej zaś był już taki przerażony i niepewny tego wszystkiego, że dziękował niemal bogom, że to akurat ktoś, komu po prostu będzie mógł się zwierzyć, a nie tylko złożyć raport o napadzie. Ha... o próbie morderstwa, ale we własnej głowie uparcie unikał używania tych słów. Wszystko ujmowane delikatniej brzmiało o wiele bardziej przystępnie.
- Bardzo chętnie... herbaty, zwykłej, czarnej, angielskiej herbaty. Dziękuję ci. - Nie wiedział, jak wyglądało przyjmowanie petentów przez aurorów od środka, bo coś tam miał okazję o tym usłyszeć. Mniej lub więcej, tak jak zresztą już kiedyś o tym rozmawiali, bo kiedy masz rodzinę, która się wśród aurorów obraca i nawet aurora to siłą rzeczy ktoś ci o czymś powie przy obiedzie, czy akurat będziesz słuchać jak rozmawia ze swoim kolegą czy innym członkiem rodziny. Były to tematy, których nie lubił, bo zawierały zazwyczaj za dużo przemocy, ot co. I Laurent nie bardzo się krył przed osobami, z którymi lubił spędzać czas, że jakakolwiek forma przemocy sprawiała, że robiło mu się słabo. Nawet ta opisowa. Miał zbyt bogatą wyobraźnię, żeby sobie niektórych rzeczy nie domalowywać. Natomiast bez względu na to, jak wyglądały takie przyjęcia, cieszył się, że będzie miał okazję znaleźć zajęcie dla dłoni, czasem przepłukać gardło i zaczerpnąć trochę ciepła z gorącego naparu. Coś, czym już Victoria cieszyć się nie mogła.
- Laurent Prewett. - Niestety Laurent nie miał tego zaszczytu, by nosić drugie imię po ojcu, jakby to w zasadzie wypadało, skoro był pierwszym synem rodziny. Ojca. Rodziny..? Tej części rodziny. Albo i stety. - Dnia 4 czerwca o godzinie 6:45 wyleciałem z domu w powozie z abraksanami. Udałem się bezpośrednio do Doliny Godryka, gdzie swoją kuźnię ma Burke Richard. Na miejscu byłem o godzinie 8. - Laurent wyciągnął swój kalendarz, gdzie wszystko miał pozapisywane i zaczął powoli i cierpliwie opisywać kolejne momenty tego dnia. Nie zawsze pamiętał dokładne godziny, niektóre mógł podawać tylko "około". Mimo wszystko nie miał aż takiej manii czasu, nawet jeśli starał się być punktualny, ale nie o to chodzi. Nie zapamiętywał, czy była akurat równo o 10 na miejscu, czy może kwadrans wcześniej. Albo dwie minuty później. Podał cały swój dzień spędzony na jeździe i załatwianiu spraw formalnych, z nazwiskami, ulicami, mieszkaniami, firmami czy sklepami aż do wieczora, do powrotu do domu. - Przez cały ten dzień towarzyszyło mi poczucie obserwacji. Niestety nie jestem pewien, która była godzina, kiedy położyłem się spać. Gdy się obudziłem, w środku nocy, byłem... bardzo poważnie ranny. Do stopnia zagrażającego życiu. Szybka interwencja mojego pracownika, Alexandra, oraz błyskawiczne ściągnięcie magimedyka moje życie ocaliły. - Starał się mówić i zachowywać jak najbardziej spokojnie, ale drżały mu lekko usta, trochę uciekał głos, trzęsły mu się dłonie i w końcu sam czasami drżał. - W moim domu nie było śladów włamania. Napastnik... hm... przyśnił mi się. Te same rany, które miałem we śnie, przeniosły się do rzeczywistości. Alexander potwierdzi również, że nigdzie nie wychodziłem i całą noc byłem w łóżku. Z powodu tego poczucia obserwacji poprosiłem go, aby został na noc. Jarczuk również zaczął szczekać dopiero kiedy wyczuł krew. - I zapewne magię. Jakąś. - We śnie napastnik podejmował próby... morderstwa. Trzy próby, za każdym razem były zatrzymane przez Brennę Longbottom. Miał kontrolę nad tymi snami i ustawiał je według swoich potrzeb. Odważę się jednak posunąć do wniosku, że jego celem nie tyle było morderstwo, co samo polowanie. Mimo posiadania możliwości zadania bezpośredniego ciosu z całą stanowczością mogę stwierdzić, że umyślnie go nie zadawał. Być może morderstwo było jego finalnym zamiarem, ale nie mam wątpliwości, że zachowywał się jak drapieżnik bawiący ofiarą. Jestem w stanie nawet pokusić się o tezę, że obecność Brenny również nie musiała być wbrew jego planowi, tylko zgodnie z nim. W każdym razie Brenna odwiedziła mnie również tamtej nocy w potwierdzeniu, że te sny były jak najbardziej... realne. Mimo nierealności. - Mówił powoli, a kiedy podawał daty, godziny, ulice i nazwiska spokojnie czekał, aż Victoria zakończy notować. O ile tego potrzebowała wszystkiego. Tak czy siak upewniał się, że nie będzie musiał tego powtarzać. Nie chciał. Nie był pewien, czy by mu głos się zupełnie nie załamał, a chciał zachować jakąś... godność. Jakąkolwiek, bo czuł się naprawdę zaszczuty przez obecność jakiegoś tajemniczego mordercy w swoim życiu.