Zbliżył się do wspomnianych przez Daisy aparatów. Wyglądały... jak aparaty. Dopiero mając przed sobą szeroki wybór modeli, mógł zacząć dostrzegać różnice między nimi. Nie tylko w rozmiarze, ale też wszelkich detalach i elementach, których nazw nawet nie znał.
Pokiwał głową. Nie słyszał jeszcze o przerabianiu zdjęć magicznymi kliszami. Daisy otwierała mu kolejne drzwi do tej tajemniczej dziedziny sztuki. A wtedy opisała jego twarz i speszony odwrócił wzrok od czarownicy, by znów skupić się na aparatach. Ciekawa twarz? Nieruchoma, ale... pełna emocji? Martin nigdy nie zastanawiał się, ile zdradza jego twarz. Zawsze starał się tłumić wszelką ekspresję, by uniknąć zbędnych reakcji otoczenia, ale nie wiedział, na ile mu się to udaje. Bo przecież to tym się przejął, a nie samym wspomnieniem jego twarzy przez dziewczynę... prawda?
Na ostrości chyba bardziej mu zależało, chociaż stawiając na kolor być może uzyska nieco impresjonistyczny obraz? Najchętniej kupiłby oba, by przetestować możliwości obu modeli. Ale nie chciał wychodzić na bogacza przed Daisy. Po drugi aparat wróci innym razem, albo kupi przez sowę.
— Wolałbym ten pierwszy w takim razie... Pentax, tak?
Do zdjęć portretowych mu się nie spieszyło. Poza tym, komu by je robił? Rodzice są wiecznie zajęci, tak jak i reszta rodzeństwa. Jack prędzej porwałby go na jakąś podróż z aparatem, a gdyby już miał pozować, to tylko na swoim statku.
— Rozumiem... że trzeba dobrać do niego jakieś akcesoria, tak? — Spytał niepewnie. Już dawno nie odczuwał w sobie tej emocji. Siedział ciągle w znanych sobie, bezpiecznych dziedzinach. Mógł nazywać się swego rodzaju ekspertem. A chociaż fotografia była jedną z form artystycznych, to nawet nie wiedział, jak działają aparaty.